Finanse osobiste – dlaczego nie uczą o tym w szkole?

·

smooth touch workspace 1300x866 1

Aktualizacja: 18 sierpnia 2026 (pierwotnie opublikowany: 21 lipca 2014). Tekst napisany od nowa i rozbudowany – z krótkiego felietonu w pełny przewodnik: czego nas nie nauczono i jak to nadrobić.

Wychodzimy ze szkoły, potrafiąc obliczyć pole trapezu i wyrecytować daty rozbiorów, ale nikt nie pokazał nam, jak rozliczyć PIT, czym różni się RRSO od oprocentowania nominalnego ani jak nie wpaść w spiralę chwilówek. Pierwszy prawdziwy kredyt, pierwsza umowa, pierwsze „dlaczego nic mi nie zostaje” – z tym wszystkim mierzymy się na żywo, ucząc się na własnych, często kosztownych błędach. Dlaczego tak jest i – co ważniejsze – jak samodzielnie nadrobić tę najważniejszą lekcję, której szkoła nam poskąpiła?

Czego szkoła nas nie nauczyła

Zrób sobie mały rachunek sumienia – ile z tych rzeczy wyniosłaś z lat edukacji?

  • Jak ułożyć budżet domowy i panować nad tym, dokąd płyną pieniądze.
  • Jak działa procent składany – ten sam, który pracuje dla Ciebie przy oszczędzaniu i przeciwko Tobie przy długu.
  • Jak czytać umowy kredytowe i co naprawdę oznacza RRSO, marża czy raty malejące.
  • Jak rozliczyć podatki i z jakich ulg można skorzystać.
  • Czym jest fundusz awaryjny i dlaczego to on decyduje o finansowym spokoju.
  • Jak oszczędzać i inwestować – od konta oszczędnościowego po emeryturę.
  • Jak rozpoznać finansowego naciągacza – od piramidy po „inwestycję życia” z internetu.

Każda z tych umiejętności przydaje się w dorosłym życiu częściej niż większość tego, czego uczyliśmy się do matury. A jednak trafiały do programu w najlepszym razie śladowo.

Dlaczego tak jest

Powodów jest kilka i żaden nie jest spiskiem. Po pierwsze, szkolne programy zmieniają się wolno i długo nie nadążały za tym, jak skomplikowane stały się finanse przeciętnej osoby. Po drugie, brakowało nauczycieli przygotowanych, by uczyć o pieniądzach – to wiedza praktyczna, której sami często nie dostali. Po trzecie, i chyba najważniejsze: w naszej kulturze o pieniądzach się nie rozmawia. Pytanie o zarobki uchodzi za nietakt, długi są wstydliwe, a temat finansów obrasta tabu, które przenosi się z domu do szkoły. Na szczęście to się powoli zmienia – edukacja finansowa nieśmiało wchodzi do szkół, a wiedzy w internecie jest dziś więcej niż kiedykolwiek. Problem w tym, że pokolenia dorosłych zostały z tą lekcją same.

Ile nas kosztuje ta luka

Brak podstaw finansowych to nie abstrakcja – to bardzo konkretne skutki. Ludzie wpadają w długi, bo nikt nie wytłumaczył im, jak działa karta kredytowa. Nie mają oszczędności, bo nie nauczono ich odkładać „najpierw sobie”. Płacą więcej, niż muszą, bo nie umieją porównać ofert. I najłatwiej padają ofiarą naciągaczy, bo brak wiedzy to żyzny grunt dla obietnic łatwego zysku. Ta luka kosztuje realne pieniądze – przez całe życie i po cichu.

Dobra wiadomość: tę lekcję możesz nadrobić sama

I to jest sedno: nieważne, że szkoła Cię tego nie nauczyła – jako dorosła osoba możesz nauczyć się tego sama, w każdym wieku i od dowolnego punktu startu. Finanse osobiste nie są trudne; są tylko nieoczywiste, dopóki ktoś nie wyłoży ich po ludzku. Nie potrzebujesz dyplomu z ekonomii ani grubych książek. Potrzebujesz kilku podstaw i konsekwencji w ich stosowaniu. Właściwie po to powstał ten blog – żeby być tą lekcją, której zabrakło w szkole.

Od czego zacząć nadrabianie

Nie musisz ogarnąć wszystkiego naraz. Zacznij od fundamentów w rozsądnej kolejności: najpierw zobacz, dokąd płyną Twoje pieniądze, układając prosty budżet domowy. Potem zbuduj fundusz awaryjny, czyli finansowy spokój na wypadek niespodzianek. Gdy to działa, wprowadź drobne, dobre nawyki – masz ich gotową listę w 22 nawykach, które pozwolą Ci oszczędzić. A kiedy fundamenty są mocne, pomyśl o dłuższym horyzoncie: oszczędzaniu na emeryturę przez IKE lub IKZE. Krok po kroku, bez pośpiechu – i po roku nie poznasz swoich finansów.

Przerwij cykl – naucz tego swoje dzieci

Skoro szkoła wciąż robi to słabo, najlepszą rzeczą, jaką możesz zrobić, jest przekazanie tej wiedzy dalej – zwłaszcza dzieciom. Rozmowa o pieniądzach przy stole, kieszonkowe z zasadami, wspólne odkładanie na wymarzoną zabawkę, a z czasem własne konto oszczędnościowe dla dziecka uczą więcej niż niejedna lekcja. Dziecko, które od małego widzi, że pieniądze się planuje i odkłada, wchodzi w dorosłość z przewagą, której my musieliśmy dopracowywać się sami.

To, że nie nauczyła nas tego szkoła, jest faktem – ale nie wymówką. Najlepszy moment, żeby nadrobić tę lekcję, jest teraz, a najlepsze miejsce to Twój własny budżet. Wybierz jeden fundament z powyższych i zacznij od niego jeszcze dziś. Resztę dorobisz po drodze – dokładnie tak, jak powinno się uczyć o pieniądzach: w praktyce, na własnym życiu, we własnym tempie.

Magda Bród – autorka bloga

O autorce

Magda Bród

Od ponad dekady w świecie finansów – współtworzyłam redakcję Money.pl, od 2011 roku prowadzę własną firmę, współpracowałam z GPW i fintechami. Na blogu tłumaczę finanse osobiste prosto, po ludzku i na konkretnych przykładach.

Ostatnie komentarze

Nie przegap nowych wpisów

Zapisz się na newsletter i odbieraj praktyczne wskazówki o finansach osobistych prosto na maila.

Dyskusja

Komentarze

  1. O to to! Miałam sama pisać na ten temat! Ja pamiętam z przedsiębiorczości, że musiałam się nauczyć na pamięć definicję derywatu. Nie kumałam o co chodzi z derywatami, Internet niewiele mi tu pomógł, więc nauczyłam się jej na pamięć. Jaki był w tym sens? Żaden.
    Chociaż muszę przyznać, że moja nauczycielka akurat stawała na wysokości zadania i na przykład w szkole funkcjonowało mini-przedsiębiorstwo, gdzie uczniowie na żywo uczyli się prowadzić firmę.

    1. To już coś. Z Twojego komentarza wynika, że to podstawa naukowa była zła (bo nauczycielka spoko), a znów z komentarza Mateusza, że ogólnie była klapa. Ja niestety skłaniałabym się ku wspomnieniom Mateusza… 🙂

      Derywaty…? To pojęcie poznałam dopiero na polonistyce 😛 I to o zupełnie innym znaczeniu ;D

  2. Awatar Mateusz (ZaradnyFinansowo.pl)
    Mateusz (ZaradnyFinansowo.pl)

    Z całością wpisu się zgadzam i przyłączam się do narzekań.
    Ale szczerze mówiąc trochę się zdziwiłem czytając to czego uczą na przedmiocie „Podstawy przedsiębiorczości”. Tu już coś! Odpowiednio podane przez odpowiedniego nauczyciela ma to szanse zasiać u ucznia jakieś ziarenko ciekawości i zainteresować go tematem.

    Sam pamiętam z tego przedmiotu tyle, że uczyli nas pisać CV i tłumaczyli prawo pracy, także z przedsiębiorczością nie miało to za wiele wspólnego.

    1. Wiesz, podstawa naukowa a rzeczywiście realizowany materiał to czasem mogą być dwie różne rzeczy. Ale jak najbardziej – jakieś podstawy są – ale do prowadzenia firmy, a nie zarządzania pieniędzmi…

    2. Nauka pisania CV to akurat świetny pomysł dla licealistów, chociaż akurat z przedsiębiorczością niewiele ma wspólnego. Nazwa przedmiotu chyba jest nieco myląca.

      1. Z tego, co pamiętam, to pisanie CV i LM jest jednak na języku polskim 🙂

  3. W szkole nie uczą o wielu innych przydatnych rzeczach. Po 10 latach edukacji w zawodzie, poszedłem do pracy w poważnej firmie… by się dowiedzieć jak duże mam braki w istotnej i praktycznej wiedzy. Połowę doświadczenia zdobyłem w pracy, gdzie firma dała taką możliwość. Piszę o tym, bo teraz najczęściej pracodawca szuka pracownika nie dość, że biegłego w wykonywaniu zadania głównego, to jeszcze obytego w kilku innych dziedzinach tak, aby zaoszczędzić na etatach.
    Studia nauczyły mnie za to stosować najprostsze podejście do tematu… co potem trzeba było wybijać z głowy w pracy.
    Przez te ileś lat pracy obserwuję, że dużo ludzi lubi iść na skróty i stosować prowizorki.

    1. No pewnie, że tak, wszystko, co piszesz, jest stuprocentową prawdą. Ale nadal uważam, że temat finansów powinien być poruszany.

      1. Oczywiście, że temat finansów powinien być poruszany, jak i inne przydatne w życiu rzeczy.
        Jest jedno ale…
        Szwagierka kolegi z pracy, znana w środowisku akademickim pani doktor z informatyki to osoba ciągle dokształcająca się. Dokonuje odczytów na zagranicznych konferencjach, wydaje publikacje naukowe. Dużo pracuje i bardzo dużo zarabia, co wg. niej jest miarą jej wartości. Ale ja nie o tym…nie tak dawno w jej komputerze stacjonarnym rozsypał się Windows. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że pani doktor nie potrafi zainstalować Windows. I nie chodzi tu o jakieś archaiczne wersje, tylko Windows 7.
        Kolega tłumaczył ją mówiąc, że wielu jej koleżanek i kolegów z uczelni też jest dobra tylko w teorii, a i tak „z instalowania Windows” takiej kasy, jak ona ma, nie będzie.

        1. Akurat z tą instalacją Windowsa to nie czepiałabym się pani doktor;) Informatyka to jednak szeroka dziedzina, pewnie wyspecjalizowała się w czymś o istnieniu czego nawet nie mamy pojęcia:) Myślę, że tak jest w każdej branży. Psychiatra nie wyleczy Ci dziury w zębie tak jak stomatolog, chociaż i jeden i drugi jest lekarzem. A minister finansów pewnie nie potrafiłby poprawnie zaksięgować w systemie zwykłej faktury tak jak szeregowy księgowy, chociaż i jeden i drugi studiował finanse:)

          1. Moim zdaniem trafniejszym przykładem, będzie wykładowca z analizy matematycznej, który rozwiązuje układy równań różniczkowych a ma kłopot z liczeniem proporcji.
            Jak taki ktoś ma nauczyć naród praktycznych rzeczy, jeśli sam tego nie potrafi. Zgodzisz się chyba, że podane jako przykład układy równań różniczkowych nie przydadzą się w życiu większości absolwentów.
            …a pisze to informatyk wyspecjalizowany w czymś, o istnieniu czego wielu nie ma pojęcia 😉

        2. Ja bym tu jednak obstawała przy tym, co pisze Kasia 🙂

          1. W takim razie wygląda na to, że często szkoli „minister finansów” z przykładu Kasi a nie „księgowy”. Czy to może być problem ?!
            Do równania dodajmy, popularne teraz, zatrudnianie studentów jako doradców finansowych. Uwzględniając niską świadomość finansową społeczeństwa, gdzie cześć ludzi kieruje swe kroki do 'praktyków’ – doradców… czy to może być problem ?
            No i pytanie otwarte, czy bankom i rządzącym zależy na społeczeństwie wyedukowanym finansowo ?!
            Chciałbym zauważyć, że braki w edukacji finansowej to problem globalny. Polecam artykuł http://www.edunews.pl/edukacja-na-co-dzien/edukacja-konsumencka/1470

          2. Nie do końca rozumiem pierwszą część Twojego komentarza.

            A co do pytania otwartego – rzeczywiście temat rzeka. Nie wrzucałabym jednak banków i rządzących do jednego worka. Bankom na pewno na tym nie zależy, bo nieświadomy klient kupi więcej usług. Rządzącym jednak powinno na tej edukacji zależeć.

          3. Znikło mi „Odpowiedz” przy komentarzu, więc odpowiadam niechronologicznie. W pierwszej części komentarza chodziło mi o to, że ci, którzy uczą często sami nie mają wiedzy praktycznej, a co za tym idzie, nawet gdyby mogli to i tak praktycznej wiedzy nie nauczą.

            Bankom oczywiście nie zależy na edukacji finansowej społeczeństwa. Rządzącym powinno zależeć, ale jak wynika z podanego wcześniej artykułu, są problemy z dogadaniem się kto się ma tym zająć, w wyniku czego w takiej np. Hiszpanii edukacja finansowa społeczeństwa jest na jeszcze gorszym poziomie niż u nas. Niewiele krajów wdraża programy edukacji finansowej społeczeństwa…jak np. program rosyjski z budżetem 113 milionów dolarów.

          4. Zniknęło, żeby nie było zbyt wielu poziomów komentarzy.

            No tak, masz rację – tak właśnie jest jak piszesz, ale to już kolejny problem niemający wiele wspólnego z edukacją finansową.

            No i ja nie mówię, że u nas jest źle, a gdzie indziej dobrze, doskonale wiem, że to problem globalny, niestety :/ Ale ponarzekać można 🙂

  4. Porównanie rozmnażania jamochłonów do twierdzenia Pitagorasa jest trochę przegięciem – pierwsze jest dosyć szczegółowe i domyślam się, że sporo osób nawet nie wie czym są jamochłony. Natomiast twierdzenie Pitagorasa jest wałkowane przez większość liceum i gimnazjum (chociaż co do gimnazjum nie jestem pewien – już nie pamiętam). Poza tym przydatność obu tych pojęć w codziennych sytuacjach nie jest zbyt według mnie zbyt duża 😉 O wiele bardziej przydatne są proporcje, o których też pisałaś 😉
    A zmiana systemu edukacji według mnie niewiele zmieni. Bo gdyby nauka edukacji finansowej wyglądała tak jak nauka języków, to po 10 latach większość osób nie umiałaby nic. Część dodatkowo by żyła w przekonaniu, że nie są w stanie zarządzać finansami osobistymi.
    Oczywiście lepsze coś niż nic, jednak nie wiem czy rezultaty tego byłby takie jakich wszyscy oczekują.
    A według mnie bez względu na zmiany szkoła nie będzie uczyła samych praktycznych rzeczy, które przydadzą się w życiu dorosłym każdemu. Szkoła raczej pozwala ocenić jak się czujesz w każdym z przedmiotów, których się uczysz i następnie wybór tego co Ciebie najbardziej kręci. To ma swoje plusy ja np. odkryłem, że fizyka jest super, ale tylko jej podstawy. Gdybym miał w pracy używać zaawansowanej fizyki to nie dałbym rady. Podobnie miałem z historią, przez długi czas byłem przekonany, że będę ją zdawał bo jest fajna. Jednak gdy zaczęły się szczegóły i miałem znać na pamięć każdą, drobną datę to już dla mnie to była męczarnia. Szkoła pozwoliła to ocenić bez inwestowania w studia czy drogie kursy.
    Musiałem podać jakiś plus, bo pewnie większość osób będzie krytykowało system edukacji 😀 Oczywiście ma on wiele wad, jednak warto zwrócić też uwagę na pozytywy. Nawet jeżeli jest ich mało 😉
    Poza tym o wiele ważniejsze od systemu jest według mnie podejście szkoły, nauczycieli i uczniów. A niestety tutaj też są braki.

    1. Tylko, że w tym wpisie wcale nie chodzi o porównanie jamochłonów do twierdzenia Pitagorasa (piszesz, że nie jest zbyt często stosowane, ja akurat niedawno miałam remont i mocno mi się przydało, dlatego przyszło mi na myśl).

      Ja nie chcę zmieniać systemu edukacji, a jedynie poszerzyć tematykę jednego przedmiotu 🙂

      Szkoła raczej pozwala ocenić jak się czujesz w każdym z przedmiotów, których się uczysz i następnie wybór tego co Ciebie najbardziej kręci

      No pewnie, że tak, ale to wtedy, gdy chodzi o życiowe ścieżki, zawód. Jeśli chodzi o naukę życia, to co innego i właśnie po to powinno się poruszać temat finansów w szkołach.

      1. Wiem, że nie chodzi o porównywanie jamochłonów i twierdzenia Pitagorasa. Po prostu lubię zarówno matematykę jak i biologię, i w każdym z tych przedmiotów są tematy przydatne w życiu dorosłym jak i takie, których szanse na użycie są małe. Przez to rzuciły mi się w oczy te przykłady 😉
        Ze zmianą systemu edukacji może mnie poniosło 😉
        A co do nauki finansów, to właśnie pomyślałem, że ciekawszym rozwiązaniem i moim zdaniem lepszym byłyby zajęcia dla chętnych z takich tematyk (obowiązkowo każda szkoła musiałaby je organizować, jednocześnie chodziliby na nie tylko Ci uczniowie co chcą). W ten sposób skuteczność nauczania by się zwiększyła, bo byliby na zajęciach tylko Ci co chcą a nie wszyscy.
        Wiem, że w ten sposób nie nauczy się wszystkich zarządzania finansami, jednak zajęcia obowiązkowe niewiele zmienią. Gdy człowiek się uprze to nie ma mocnych by coś zrobił – nawet nauczył się finansów osobistych, może się tylko zniechęcić. Przykładem są akademie szkolne – gdy brali w nich udział chętni, to poziom był wysoki. A gdy uczniowie byli brani „z łapanki” i zmuszani to nagle ich jakość drastycznie malała. Może przykład trochę abstrakcyjny, jednak pokazuje to jak niechęć potrafi popsuć efekt końcowy.

        A abstrahując od tematu to fajnie gdyby oprócz zarządzania finansami osobistymi była też nauka efektywności, wyznaczania celów, koncentracji, a przede wszystkim metod skutecznej nauki (obecnie mnie szokuje, że w szkole uczniowie nie uczą się tego jak się efektywnie uczyć).
        A żeby skuteczność była jak największa to powinno się dzieci już od zerówki (a może nawet i przedszkola) oswajać z tymi tematami i pokazywać je w świetle zabawy. Wtedy od dziecka mielibyśmy skojarzenia, że zarządzanie finansami osobistymi, czy dbanie o dobre wykorzystanie czasu jest fajne, i że nie musi oznaczać „ciułania każdego grosza i bycia spiętym”.
        Jednak na realizację tej wizji będzie pewnie jeszcze trzeba trochę poczekać.

        1. Tylko wiesz, z zajęciami dla chętnych w szkołach jest tak, że nikt na nie nie chodzi. Bo kogo w wieku kilkunastu lat interesują finanse? A zmuszając uczniów do tego, jednak coś im w tych głowach zostanie.

          Ano masz rację – fajnie by było mieć takie zajęcia 🙂

  5. Tak jest, z każdym przedmiotem…. Na karzdym uczymy się bezużyteczne wiedzy. Będąc na studiach, też uczę się takiej teorii, że masakra. No ale wykożystałem ją na egzaminie i to chyba wszystko. W szkole średniej, brakuje życiowych porad.

    1. Tomek, „Na karzdym”? 😀 To prowokacja przy temacie szkoły? 🙂

      No pewnie, że każdy przedmiot to tona bezużytecznej wiedzy, ale cały wpis miał mieć wydźwięk typu „zacznijcie uczyć o pieniądzach” 🙂

  6. Awatar Dominika
    Dominika

    Też się nad tym zastanawiałam wiele razy…po co nam wiedza o rzeczach dawno nieaktualnych (chodzi mi oczywiście o szczegóły które trzeba było kuć na pamięć – ogólny obraz zawsze warto znać, a pogłębiać go w razie rozwoju zainteresowań) lub zwyczajnie niepotrzebnych w codziennym zyciu, skoro nikt nie uczył nas o pieniądzach, które przecież wydajemy i otrzymujemy codziennie? Nic się nie stanie, jeśli nie będziemy znać jakiś faktów z historii czy sposobu budowania zdań wielokrotnie złożonych od strony gramatycznej, a przez braki w wiedzy finansowej można w skrajnym przypadku w kilka lat zniszczyć sobie przyszłość…Przedsiębiorczość miałam, cieszyłam się na ten przedmiot, że wreszcie dowiem się coś sensownego, ale prowadził go nasz fizyk i szczerze mówiąc, mimo zainteresowania tematem, nie zapamiętałam z tego…nic.Raz pisalismy biznesplan, ale nawet to zostało zrobione byle odhaczyć punkt w programie. Porażka.

    1. U nas prowadził go matematyk, więc też średnio 🙂 Ale akurat podałaś przykłady dość skrajne – ja uważam, że jednak poszczególne fakty historyczne są istotne, a już budowa zdania wielokrotnie złożonego tym bardziej. Wyobrażasz sobie, jak ludzie by się wysławiali, gdyby nie potrafili używać takich zdań?

      1. U mnie PP prowadziła wychowawczyni z okolicznego internatu 🙂

        1. O, to już w ogóle hardcore 🙂

      2. Awatar Dominika
        Dominika

        Wiesz, ja sama jestem typową humanistką, więc dla mnie polski czy historia nie były problemowymi przedmiotami. chodzilo mi raczej o to, że ogólna wiedza z każdego przedmiotu jest przydatna – ale szkoła skupia się na takich szczegółach, które trzeba wykuć do sprawdzianu a potem ogromna większość ludzi już ich ngdy nie uzyje (no chyba ze w krzyżówkach albo teleturniejach:P). Budowa zdania wielokrotnie złożonego w praktyce – no jasne, kazdy powinien umieć sie wysławiać. Ale nie znam ani jednej osoby, która by powiedziała, że dzięki rysowaniu na polskim tzw. schodków (może kojarzycie takie graficzne przedstawianie budowy zdań razem z określaniem np. „zdanie podrzędnie złożone okolicznikowe przyczyny”) jej mowa nagle się ubogaciła i rozwinęła 😉 Takie jest moje zdanie 🙂

        1. Nie no to pewnie 🙂 zgadzam się.

  7. podstawy programowe w szkołach mają wytworzyć pewien poziom wiedzy. Podstawy jak to się mówi. Nie ukrywajmy, bez matematyki na poziomie podstawowej nie dojdziemy do tego jak obliczyć ratę kredytu też nie podejdziemy. Weźmy też pod uwagę, że obecnie szkoła podstawowa i gimnazjum mają przygotować ucznia do możliwości wyboru profilu w liceum. A będąc samemu po studiach licencjackich na kierunku ekonomia stwierdzam, że podstaw w zarządzaniu kasą to tam też nie było.
    Problem leży w tym, że programy edukacji się nie zmieniały od lat tak naprawdę. To co dorzucają czy modyfikują to jest nadal masło maślane – czyli to samo, w nowej formułce. Zmiana wymaga modyfikacji dalekoglębiej idących, a co za tym idzie dokształcania kadr. Pamiętasz jakie afery były, gdy zamiast religii szkoły miały zapewniać zajecia z etyki? Nie było kadr. Do dnia dzisiejszego (a to już chyba z 5 lat od tej reformy) w niektórych miejscach brakuje wykształconej kadry i etykę potrafi prowadzić katecheta (sic!).
    No i inna kwestia to fundusze. Ciężko byłoby wyciąć zbędne przedmioty ze szkoły (przypominam, religia jest finansowana z budżetu państwa), a dołożenie nowych przedmiotów to zupełnie inna bajka.
    Osobiście byłbym za przywróceniem starego systemu 8-klasowej podstawówki i 4-letniego liceum, zarówno ogólniaka jak i profilowanego. Natomiast w liceum żeby nie powtarzać materiału ze szkoły podstawowej dla wszystkich. Jak profil humanistyczny to po co w ogóle im biologia? I wtedy wygospodarować czas na zajęcia z budżetu, systemu podatkowego etc.
    Jeśli się zgadzasz ze mną to za dziesięć lat postaw krzyżyk przy moim nazwisku w wyborach do Parlamentu 😉 może się uda to zmienić 😉

    1. Chętnie na Ciebie zagłosuję 🙂 Bo sama również wróciłabym do startego systemu. Jasne, że bez matematyki nic byśmy nie obliczyli, a bez języka polskiego pisali jak analfabeci. We wpisie nie ma nic o tym, że powinno się przestać tego uczyć 🙂 A tylko dorzucić trochę o finansach.
      Pozdrawiam!

  8. Przypomniał mi się mój współlokator – chłopak na I roku studiów, czyli zaraz po maturze, bo to pierwszy semestr. Rozmawiamy o kredytach, a on mówi, że branie kredytu to kiepski pomysł, już lepiej wziąć coś na raty…
    To by było tyle, jeśli chodzi o edukację finansową w szkołach 😉

    1. Strach się bać :]

  9. Edukacja finansowa była by dobrym pomysłem bo wiele młodych osób wpędza się w kłopoty finansowe nie spodziewając się nawet tego. A dzięki podstawom przedsiębiorczości poszedłem na studia ekonomiczne i zainteresowałem się forexem i giełdą co daje mi teraz duże zyski i jestem wdzięczy za ten przedmiot 🙂

    1. Pati, link usunięty, bo Twoje intencje dotyczące komentowania były jednoznaczne. I proponuję zdecydować się na płeć 🙂 Bo nick Pati, a piszesz w rodzaju męskim.

      1. boty nie rozróżniają płci 😛

        1. To akurat nie bot 🙂 A pewnie stażysta w jakiejś agencji 😛

  10. Przedmiot Podstawy Przedsiębiorczości to było u mnie kompletne nieporozumienie! Też mieliśmy pisanie CV – cały semestr, ale na różne stanowiska 🙂

    Co do samej edukacji finansowej Polaków to moim zdaniem sama szkoła nawet jeśli miałaby dobrą podstawę programową to sobie nie poradzi. Dużo ważniejszy jest przykład rodziców, ich zaangażowanie i stopniowe wprowadzanie finansów w życie dziecka. Jeśli w szkole dziecko uczyłoby się, że trzeba oszczędzać, a wracając do domu widziałoby trwonienie pieniędzy, ale np. nie wiedziałoby ile kredytów trzeba było zaciągnąć, żeby sobie na to pozwolić i tak nie załapałoby reguł rządzących światem 🙂

    1. Jasne, masz rację – rodzice również powinni wspierać szkołę w edukacji finansowej, ale to właśnie ze szkoły powinno to wyjść… A trwonienie pieniędzy przez rodziców to już inna sprawa.

  11. Ogólnie przydałaby się reforma nauczycieli (nie mylić z reformą programu nauczania). Ze wszystkich stron słyszę, że na nauczyciela poszli najsłabsi ludzie z grup studenckich moich znajomych, którzy nie wiedzieli co ze sobą zrobić. Że nauczycielami w większości zostają tacy ludzie, którym nie udało się znaleźć pracy nigdzie indziej. Że to tak tylko tymczasowo aż znajdzie się dobrze płatna praca.

    Nie oczekujmy, że za 2000 zł na miesiąc (przy dobrych wiatrach) pójdą pracować specjaliści z wiedzą praktyczną. Wychowania do życia w rodzinie uczą katechetki – bo poważni seksuologowie, socjologowie i psychologowie mają swoje gabinety i nie będą się za pół darmo bawić w szkołę… Przedsiębiorczości uczy pani od francuskiego (bo francuskiego jest mało godzin to trzeba było jej dołożyć tę przedsiębiorczość, żeby miała chociaż pół etatu). Jak można mówić o byciu przedsiębiorczym i przekazywaniu swojej wiedzy jeśli „tymczasowo” pracuje się na stanowisku nauczyciela na pół etatu od 15 lat?

    Jak przeciętny nauczyciel ma uczyć o oszczędzaniu, możliwościach związanych z funduszami emerytalnymi, ubezpieczeniami, czy lokatami, kiedy jego samego nie stać na takie ekstrawagancje i będzie mówił tylko z wiedzy teoretycznej?

    Zlikwidujmy kartę nauczyciela z naciskiem na „pierwszy do zwolnienia idzie ostatnio zatrudniony” (co pozwala starym *** nic nie robić), a młodzi tylko drżą, że się wychylą z jakąś innowacją i od razu wylecą… Podnieśmy płacę dwukrotnie i zobaczymy, że dzieciaki będą przyswajały wiedzę przydatną w życiu nawet bez zmiany programu nauczania.

    Niestety trudno oczekiwać, że ze szkół wychodzić będą ciekawi świata ludzie jeśli uczą ich miernoty, a nie ludzie z pasją… (Generalizuję, bo znam też świetnych nauczycieli, który zarazili mnie chęcią odkrywania i uczenia się coraz to nowych rzeczy, ale smutnym faktem jest, że jednak zdecydowanej większości ciała pedagogicznego absolutnie nic się nie chce…)

    1. No pewnie, że masz rację, poruszyłaś problem od podszewki. Masz rację z tym, że za 2000 do szkoły nie pójdzie ktoś, kto na start może zarabiać 5000, ale… popatrzmy na to z drugiej strony – żeby dostać etat nauczyciela trzeba pokonać najczęściej kilkunastu kandydatów, bo wciąż jest ich bardzo wiele na jedno miejsce. Wystarczyłoby zrobić jakiś konkurs 🙂 Nie no, to już żarty.

      Wszystko się zgadza – nie ma kasy, nie ma ambicji, nie ma super sposobów na przyswajanie wiedzy dzieciakom. Oszczędności szuka się tam, gdzie buduje się przyszłość Polski. Nie dba się o to, że to te (niedouczone) dzieciaki będą później nas utrzymywać i trzymać nasz kraj w ryzach. Niestety.

  12. Awatar Justyna
    Justyna

    Niech uczą i od szkoły podstawowej. Tak naprawdę wystarczyłoby odpowiednio konstruować podręczniki do matematyki, żeby było w nich więcej rzeczy, które mogą przydać się w przyszłości – choćby obliczanie odsetek od kredytu, obliczanie powierzchni łazienki, zamiast prostokąta itd…I szczerze? Ja nie pamiętam, co miałam na podstawie przedsiębiorczości, a to nie było tak dawno temu…i nie dlatego, że nie uważałam, a dlatego, że nie było tam nic wartego zapamiętania.

    1. No tak, to już kolejna kwestia – można by po prostu zastosować na matematyce bardziej praktyczne przykłady 🙂

    2. Awatar Krzysztof homoklikus Krajewski
      Krzysztof homoklikus Krajewski

      W podstawówce z tego co pamiętam, zapierdzielałem raz po całym domu z metrówką, żeby narysować jego w plan i dopiero obliczyć pole , oczywiście w odpowiedniej skali 🙂
      No ale ja chodziłem jeszcze do tych normalnych szkół 😉

      W szkole średniej chodziłem do techniku handlowego, więc finansów miałem więcej niż wtedy chciałem, ta przeklęta rachunkowość, pozdrawiam nauczycielkę 😉

      Pamiętam jak na ekonomi mieliśmy zadanie założyć nazwijmy to wirtualną firmę, mieliśmy zebrać wszystkie papierki z tym związane. Co my żeśmy się wtedy z chłopakami po mieści naganiali, masakra 😉

      1. No to widzisz – miałeś dużo o pieniądzach, ale to dlatego, że byłeś w technikum handlowym 🙂

  13. Niestety w mojej szkole nigdy nie nauczyłam się czegoś wartościowego o finansach. Żałuję bardzo bo zamiast wkuwania na pamięć niepotrzebnych w życiu regułek powinniśmy po szkole znać przynajmniej podstawy planowania budżetu osobistego czy chociaż ogólnej wiedzy o bankach itp. No nic trzeba samemu się uczyć, oby nie na poważnych błędach 😉

  14. Mogę powiedzieć, dlaczego o tym nie uczą w szkole: bo żaden nauczyciel takiej wiedzy o finansach nie posiada. A gdyby ją posiadł, to nie pracowałby w szkole za kwoty oscylujące pomiędzy minimalną a średnią krajową.

    Mówię z własnego doświadczenia. Popracowałam w szkole rok (gimnazjum i liceum). W międzyczasie wpadły mi w oko blogi Michała, Wolnego i Mr Money Mustache. Przeraziłam się tym, co robię i do jakiego stanu finansowego doprowadzę się za kilkadziesiąt lat. Uciekłam do korporacji, przynajmniej po kilku latach jakieś perspektywy na awans są, a w szkole musiałabym czekać 5 lat jeszcze żeby zrobić awans na mianowanego i zarabiać oszałamiające 2 tys netto.

    Kiedy odchodziłam i mówiłam koleżankom dlaczego (nie mam mieszkania i raczej się go nie dorobię pracując w jednym z największych miast Polski za 1,8 tys), one na to – no to przecież możesz wziąć kredyt na całość kwoty. Albo – do korporacji dalej będziesz jeździć rowerem? Czemu nie kupisz sobie auta na kredyt? Może jakoś dorobisz do wypłaty korepetycjami na czarno?

    Powtórzę się zatem – gdyby nauczyciele mieli praktyczną wiedzę finansową, to nie siedzieliby w publicznych szkołach. A że panie od francuskiego czy w-fu uczą podstaw przedsiębiorczości? Nikt inny nie przyjdzie uczyć tego do szkoły na 6 godzin w tygodniu rozwalone na pięć dni, płatne ok 20 zł netto od godziny.

    1. Fleur, zgadzam się z Tobą w 100%. Ten problem trzeba by rozwiązać już od podstaw – podnieść pensje nauczycielom, żeby dobrym praktykom chciało się przychodzić do szkoły i uczyć.

  15. Sprzeciw! Jeśli nie całkowity to przynajmniej częściowy! Mam 15 lat (jeszcze, ale to już IIIG) i to co mnie interesuje to właśnie te ekonomiczne aspekty życia .
    I nauka o oszczędzaniu byłaby cudowną. Niestety, wiedzę na ten temat biorę z… internetu. Można znaleźć wiele ciekawych rzeczy. Najważniejszy jest trening no i niestety.. najtrudniejszy. Wielka szkoda, że nie nauczają tego w szkołach, a nauczają jakichś bzdur. Tak jak Edukacja dla bezpieczeństwa. Tak, to bzdura.
    Niestety czeka mnie jeszcze dwuroczne męczenie się z tym wszystkim, zanim zacznę się uczyć tego, co naprawdę mnie interesuje. I mimo, iż wiem, że będzie ciężko – nie mogę się doczekać.
    PS.: Świetny blog! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *