Do napisania tego wpisu poprosiłam o pomoc kilku znajomych blogerów – takich, którzy pracują na etacie i takich z własną firmą. Myślę, że jesteście ciekawi, jak wyglądają nasze typowe dni. Uwaga, będzie długo. Wpis jest podzielony na 12 podstron, żeby maksymalnie ułatwić Wam czytanie. Mam nadzieje, że dotrzecie do końca, bo dopiero tam ja 🙂 A i bardzo dziękuję tym, którym zechciało się coś od siebie napisać.
Zaczynamy od moich „gości”. Pamiętaj, żeby napisać, jak wygląda Twój typowy dzień pracy!
Na skróty:
- Łukasz, inwestycje w internecie
- Justyna Zienkiewicz, 8razy5
- Marta Gryszko, Lexy’s SEO blog
- Nina Wiśniewska, dobre geny
- Remigiusz Witczak, blog oszczędzanie
- Krzysztof Sobolewski, metafinanse
- Marta Grzegorczyk, biznesopedia
- Dana, kobiece finanse
- Agnieszka Świetlik, lifemanagerka
- Kasia Pszonicka, the owner
- Agnieszka Skupieńska, biznesoweinfo
- Magdalena Bród, finanse na obcasach 🙂
Łukasz z inwestycje w internecie:
Wstaję o 7 (w okresie zimowy), natomiast jak jest już jaśniej na zewnątrz to o 6. Lubię ten czas, bo jest najzwyczajniej cicho jak makiem zasiał, nikt i nic mnie nie rozprasza.
Krótkie ćwiczenia, szklanka ciepłej wody z cytryną i siadam do pracy.
Po godzinie czas na małe śniadanie po czym znów do pracy (ważne, aby nie jeść przy komputerze bądź też nie czytać niczego) – po prostu skupić się na wolnym i dokładnym jedzeniu. Jak już robicie jedzenie to dbajcie o to aby na talerzu to wyglądało schludnie bo to też działa na nas.
Pracuję 2-3 godziny i przerwa pół godzinna na inne obowiązki bądź wyjście do sklepu czy załatwić jakieś sprawy (trzeba przewietrzyć mózg).
Wracam i pracuję dalej. Do godziny 15-17 najpóźniej. Później mam czas dla wszystkich innych, bliskich oraz na hobby.
Pracuję tak od bardzo dawna. Mój tydzień pracy trwa od poniedziałku do soboty. W niedzielę staram się nie ruszać niczego, to jest mój dzień, kiedy mogę odsapnąć od wszystkich spraw. Czasem się nie da, bo sytuacja wymaga napisania czegoś na blogu ale staram się to ograniczać.
No i przede wszystkim prowadzę dziennik w którym mam rozpisane co muszę danego dnia zrobić. Bez tego bardzo trudno się zorganizować ale z czasem, gdy wyrobią się nawyki to nawet nie zaglądam do niego bo wiem co mam do wykonania. Jeżeli uda się mi zrobić wszystko przed czasem to spędzam go z bliskimi lub wszystko inne byleby nie to co robiłem od rana. Nie robię czegoś, co mam zaplanowane na dzień kolejny. Jeżeli nie wyrobię się z pracą jednego dnia, to z automatu przechodzi na dzień kolejny.
Lubię moją pracę i mógłbym robić to godzinami ale wiem, że po kilku godzinach umysł już nie pracuje tak jak na początku dnia i lepiej czasem odpuścić, zrobić przerwę niż robić coś na siłę.
Justyna Zienkiewicz z 8razy5.pl
Wstaję zwykle o 6 rano, mimo że to najtrudniejszy element w ciągu całego dnia. Dlaczego tak wcześnie? Przecież jestem freelancerem i tak naprawdę mogę zacząć pracę o której chcę. Niby tak, ale odkryłam, że najlepiej pracuje mi się rano – rozpraszających powiadomień jest jeszcze mało, pies też nie powiadamia, że jest głodny, bo dopiero co wrócił ze spaceru i dostał pełną michę. Po śniadaniu siadam do pracy około 6:40 i zaczynam od kawy, budzącej muzyki i przeglądania, „co tam słychać w internetach” oraz u klientów. Poranek to też najlepszy czas dla mnie na pisanie na blogu – mam wtedy fajne flow i idzie mi to naprawdę sprawnie – zwykle do 9 bloga i prasówkę mam odhaczoną.
Kiedy wiem, że czeka mnie dużo pracy, np. w nadchodzącym tygodniu, zerkam w terminarz, w którym poprzedniego dnia wieczorem rozpisałam sobie wszystko, co powinnam zrobić. I działam, zaczynając od rzeczy, które są dla mnie najmniej fajne, żeby mieć je za sobą, zgodnie z GTD, te, które zajmą mi mniej niż 2 minuty staram się wykonywać od razu. Wiem już, jakie mam możliwości, jeśli chodzi o czas wykonywania danego zadania, więc od jakiegoś czasu staram się dzielić pracę na bloki godzinowe – od 9 do 11 tworzę treści, od 11 do 13 oferty itd. Dzięki temu wszystko idzie mi sprawnie i nie mam czasu na zerkanie na powiadomienia i na zajmowanie się innymi sprawami. Zwykle około 13-14 przygotowuję obiad, a potem wychodzę na spacer z psem. Czas między 15 a 17 jest dla mnie zupełnie bez pracy (chyba że jest coś bardzo, bardzo ważnego do zrobienia, to nawet nie wstaje od biurka), więc wtedy robię sobie przerwę od pracy. Potem zerkam na listę i jeśli jest coś, co mogę przełożyć na jutro, to po prostu to robię, ale robię to następnego dnia w pierwszej kolejności, nigdy za dwa, trzy, tydzień, bo mi to strasznie „ciąży”. Jeśli coś muszę zrobić tego samego, to to robię. Można powiedzieć, że od tej 17 mam nienormowany czas pracy i czasem siedzę do późnych godzin, bo tworzę coś na blogu albo dla klienta, albo po prostu nie i mam wolne.
Cenię w swojej pracy to, że mogę w środku dnia wyjść na kawę, pójść na zakupy, pobawić się z psem, czy po prostu nie pracować. Ostatnio miała taki dzień, że wskazówki zegara zastygły, a zadania niby wykonywałam, ale tak naprawdę nie. Stwierdziłam – dziś nie jest Twój dzień i po prostu ok. godziny 11 odpuściłam na rzecz czytania. Do pracy usiadłam następnego dnia z naładowanymi akumulatorami.
Marta Gryszko z Lexy’s SEO blog
Nina Wiśniewska, www.dobregeny.pl
Jak wygląda mój zwyczajny dzień? Pracuję w agencji reklamowej i zajmuje się prowadzeniem kampanii SEM. Google, Excel i mediaplany to moi przyjaciele w świecie zawodowym. Dużo się tu dzieje, często się coś zmienia i nie ma mowy o rutynie. W natłoku zdarzeń czasami na własnej skórze można się przekonać, że „fuck up” to nieubrany jeszcze w słowa sukces 🙂 Wstaję o 6;50 by już o 8 wyjść do pracy, wracam z niej koło 19, ale zdarza się, że jest to też 21. Ciężko pracuję, ale wiem po co to robię i daje mi to szczęście.
W ciągu dnia odpoczywam gdy mogę na chwilę przysiąść w słuchawkach z ulubioną płytą. Poza pracą prowadzę bloga, dużo gotuję i ostatnio nawet chcę uregulować moje zajęcia na siłowni. Im więcej rzeczy mam do zrobienia tym bardziej jestem zorganizowana, motywują mnie terminy i poczucie załatwionej sprawy. Nigdy nie odmawiam spotkań z przyjaciółmi, zakupów i wyjścia na jakieś dobre jedzenie. Więc wnioskuję, że można pogodzić życie osobiste z tym zawodowym. Jestem jeszcze przed 30-stką, 5,5 godziny snu mi wystarcza do pełnej regeneracji, więc póki co ten pociąg jedzie dalej 🙂
Praca blisko domu? Jest to zabieg celowy. Mieszkając wcześniej w metropolii doskonale poznałem smak dojazdów do pracy. Obserwując znajomych, którzy średnio 4h dziennie poświęcają na dojazd do pracy i z powrotem cieszę się, że sam sobie tego oszczędziłem. Uważam to trochę za niepotrzebną stratę czasu i w pewnym sensie sponiewieranie człowieka. Myślę, że w piątek po całym tygodniu mordęgi większość Czytelników się ze mną zgodzi.
Jednak coś za coś – mój luźny tryb pracy i ogólne nieprzemęczanie się powoduje konieczność pracy w soboty – jestem jednak do tego przyzwyczajony.
Ta rutyna, poza oczywistymi czynnościami higieniczno-śniadaniowo-odzieżowymi, zawiera w sobie jeszcze poranną prasówkę (portale, blogi, komentarze na Metafinansach), sprawdzenie maili i wiadomości. Cały ten poranny „rozbieg” staram się wykonywać bez pośpiechu. Powolne śniadanie, długie parzenie kawy i tego typu historie :). Dzięki temu, że dzień zaczynam tak bardzo „na spokojnie”, mogę się odpowiednio mentalnie przygotować do nadchodzących obowiązków.
W pracy spędzam około ośmiu godzin.
Zadania – i te służbowe, i te prywatne – organizuję sobie w Evernote. To dla mnie nieoceniona pomoc w organizacji czasu i pracy. Każda notatka to osobne zadanie do wykonania. Grupuję je w notatniki odpowiadające danym projektom, którymi aktualnie się zajmuję. Codziennie poświęcam kilkanaście pierwszych minut pracy na przegląd najbliższych zadań i refleksję nad tym, czy coś jeszcze poza tym mam dziś do zrobienia. Jeżeli przychodzi mi do głowy jakieś nowe zadanie, to tworzę dla niego kolejną notatkę.
Podobny przegląd robię na koniec dnia pracy. Sprawdzam czy wszystkie „dzisiejsze” zadania mam już odhaczone, a te którymi nie mogłem się zająć danego dnia w ostateczności przesuwam. Zastanawiam się też, czy na kolejny dzień nie powinienem zaplanować jeszcze jakichś dodatkowych rzeczy do wykonania. Gdy skończę – wychodzę.
Do domu wracam około 19. Tam po chwili „ogarniania się” i odpoczynku staram się wyrwać jeszcze godzinę lub dwie na pracę nad tekstami na blog. A sam dzień kończy mi się gdzieś między północą a pierwszą.
Magda Grzegorczyk z biznesopedia.pl
Dana, prowadzi blog http://kobiecefinanse.pl
Zwyczajny dzień pracy… Hmm. W sumie trudno mi wrzucić grafik w jakieś stałe ramy, każdy dzień jest nieco inny. Jeżeli nie idę z samego rana pobiegać lub poćwiczyć na siłownię – a niestety aktualnie nie chodzę z uwagi na kontuzję – wtedy zamiast wstawać o 5.30-5.45, jestem na nogach o 6.30. Szczerze – nie lubię wczesnego wstawania, nie lubię, gdy budzę się, a za oknem jest wciąż ciemno, dlatego w weekendy odsypiam i pozwalam sobie na wylegiwanie się nawet do 9.00.
Wstaję, bo muszę, ot, co. Tak więc moment, gdy rozbrzmiewa melodia budzika, to ten, kiedy zaczynam ostro marudzić, jakie to niesprawiedliwe, a mój facet przykrywa głowę poduszką, by tego nie słuchać. Gdy pierwsza fala frustracji i zrzędzenia mi mija, dochodzę do siebie, zrzucam się z łóżka i schodzę na dół (mieszkam na poddaszu, sypialnię mam w antresoli). Ogarniam się w łazience, karmię kota, karmię siebie. Rano nie mam ochoty jeść, ale zawsze coś wrzucę na ząb, bo wiem, że to ważny posiłek: wypijam koktajl białkowy z dodatkiem owoców, jem jogurt z musli i błonnikowymi płatkami, jajecznicę, twarożek, czy jakąś lekką kanapkę. W chwilach słabości sięgam po masło orzechowe i nutellę. W pracy i tak jem drugie śniadanie, które jest bardziej konkretne. Sama je sobie szykuję. Staram się jadać co 3-4 godziny. Głód skutecznie mnie dekoncentruje i gdy zaczyna mi burczeć w brzuchu, robię się rozdrażniona 😉
Do pracy przeważnie dojeżdżam rowerem, co zajmuje mi 30-40 minut. Ostatnio z uwagi na wspomnianą kontuzję do pracy trafiam za sprawą autobusu. Taaaak…. Przypomniało mi to, czemu tak bardzo nie lubię komunikacji miejskiej: ścisk jak w puszce z sardynkami, opóźnienia (lub w ogóle „wylot z kursu”), od czasu do czasu atrakcja pt. „czuć żulem”. Pocieszam się tym, że niedługo wrócę na rower. Póki co, czas spędzony w autobusie przeznaczam na czytanie e-booków na Kindle’u.
W pracy zjawiam się miedzy 8.00 a 9.00. Jestem kierownikiem, więc naturalnie mój dzień pracy nie zawsze kończy się równo po 8 godzinach. Dla przykładu, w minionym tygodniu wychodziłam z biura wciąż o 17.30-18.00. Jeżeli w robocie jest jakaś kryzysowa sytuacja, po prostu ktoś musi zapanować nad chaosem. Później i tak odbieram nadgodziny.
Podczas pracy nie wchodzę na komputerze do swoich skrzynek mailowych ani na portale społecznościowe. Firma przyjęła zasadę, że takie strony są poblokowane. Jedynym więc prywatnym oknem na świat jest mój smartfon, na którego zaglądam w czasie przerwy śniadaniowej i obiadowej. Poza tymi okienkami telefon mam wyciszony – niestety, istnieje 90% prawdopodobieństwo, że nie skontaktujecie się ze mną tą drogą, gdy jestem w pracy. Zakładam, że praca to praca i nie chcę, by mnie cokolwiek rozpraszało. Sorry. Ale po pracy lub gdy idę na przerwę, zawsze oddzwaniam 😉
Po powrocie z pracy muszę wygłaskać i wytulić kota, nieco się z nim pobawić, dosypać mu karmę. Potem sama zjadam kolację i szykuję obiad na następny dzień, albo na dwa dni z góry. Czasem, gdy mam np. umówione jakieś wyjście ze znajomymi, czy filmowy wieczór we dwoje, to odpuszczam sobie i wtedy następnego dnia jadam obiad na mieście. W każdym razie, staram się jak najwięcej posiłków przygotować samodzielnie.
W końcu jest czas dla mnie. Czytam „internety” (portale informacyjne, FB, śledzone blogi), odpowiadam na maile, czytam książki. Robię notatki, jeżeli natrafię na jakieś bardzo inspirujące fragmenty. Następnie mam przerwę na ćwiczenia. Przeważnie są to różnego rodzaju przysiady, wypady, brzuszki, ćwiczenia rozciągające. Całość zajmuje mi ok. 45min. Od tygodnia posiadam też rowerek stacjonarny.
Wieczór to także pora, kiedy powstają moje wpisy na bloga. Zwykle publikuję je właśnie po dniu pracy, czasem jednak, gdy notka jest rozbudowana i powstaje przez kilka dni, ustawiam automatyczną publikację na dzień następny rano. Nie zawsze znajduję już czas i siłę, by pisać, chociaż mam w notesie spisany „plan” – tematy na najbliższe wpisy. Gdy już zasiądę do pisania, bardzo trudno mnie na ogół od niego oderwać – siedzę i piszę do oporu, choćbym miała skończyć w środku nocy.
Muszę się przyznać, że chociaż wstaję wcześnie, to niestety nie chodzę wcześnie spać. Chwile, gdy jestem w łóżku o 23 lub przed tą godziną, są rzadkością. Zwykle głowę kładę na poduszce w okolicach północy, a nawet później. Mimo to nie czuję się zmęczona, mój organizm przyzwyczaił się do ok. 6h snu. Wspomniałam, że w weekendy leniuchuję nawet do 9.00, ale przeważnie i tak budzę się koło 7.00. Taki mam rytm, więc później po prostu leżę i rozkoszuję się ciepełkiem pod kołdrą. Zresztą – mój kot nie daje mi spokoju już od 6 rano, no bo jak to, miska pusta! Otwieraczu konserw, rusz się!
Mimo to jednym z moich noworocznych postanowień jest, by wcześniej kłaść się spać. Ponoć sprzyja to urodzie bardziej, niż stosowanie nowoczesnych kremów przeciwzmarszczkowych 😉
Pracuję w domu od kilku lat i przez ten czas próbowałam już pracy o różnych porach – rano, wieczorem, w nocy, przez cały dzień. Udało mi się wypracować system, w którym pracuje mi się najefektywniej.
Wstaję tak wcześnie, jak mi się uda (bez budzika) – latem najczęściej przed 7, zimą niestety bliżej 8. Po przebudzeniu obowiązkowo śniadanie i ciepła herbata, potem przegląd planu dnia, stanu skrzynki mailowej i Facebooka, a następnie prysznic. W łazience często układam sobie w głowie to, co mam zrobić w ciągu całego dnia. Od rana najlepiej mi się myśli, zawsze więc zaczynam od najtrudniejszych zleceń i najbardziej czasochłonnych zadań, jakie mam na dany dzień zaplanowane. Pracuję nieprzerwanie do jakiejś 11, bo wtedy jest pora na drugie śniadanie. Zawsze staram się, by nie były to zwykłe kanapki, ale coś dobrego – jajecznica, sałatka, grzanki… W końcu mam sporo czasu, żeby zadbać o prawidłowe odżywianie i smaczne posiłki! Po drugim śniadaniu pracuję jeszcze do jakiejś 14-15, bo wtedy pies domaga się popołudniowego spaceru (rano zwykle wychodzi z nim mąż). Wtedy też jest pora na obiad, który – jak to obiady – sam się nie zrobi 🙂 Dwa razy w tygodniu ten plan jest nieco rozchwiany, bo po drugim śniadaniu idę na siłownię – wtedy jest tam najmniejszy ruch i można spokojnie poćwiczyć godzinkę. W takie dni obiad jem później, koło 16-17.
Po obiedzie rzadko siadam do pracy, a jeśli już – nigdy nie jest to praca nad zleceniami dla klientów, a raczej nad swoimi projektami. Piszę nowy tekst na blog, odpowiadam na komentarze, czytam inne blogi lub przygotowuję nowe przepisy na mój blog o napojach. Po wieczornym spacerze z psem zawsze znajduję czas na nowy odcinek jakiegoś serialu (ostatnio wróciłam do ulubionego serialu z dzieciństwa – „Z archiwum X”) albo na czytanie książek. Dzień kończę zwykle między 22 a 23.
12 strona, ciekawe, ilu z Was udało się dotrzeć do tego momentu 🙂
![Typowy dzień pracy wygląda u mnie tak... [12 osób opowiada] 1 miejsce pracy](https://magdalenabrod.pl/wp-content/uploads/2015/01/miejsce-pracy.jpg)
Dodaj komentarz