Mamy XXI wiek. No już od paru dobrych lat. Wiele rzeczy, za których płacenie kiedyś było standardem, dziś powinno być darmowe. A niestety nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Warto to sobie uświadomić, bo rzeczywiście nie wszystko powinno nas cokolwiek kosztować. Zobacz, za co płacić nie powinieneś.
WiFi poza domem
To chyba jasne. Obecnie jest tyle miejsc z darmowym dostępem do internetu, że płacenie za nie – czy to na lotnisku, czy w kawiarence internetowej czy gdziekolwiek indziej – jest burżujskim pomysłem. A niestety sieci komórkowe wciąż uważają, że tak powinno być. Spróbuj znaleźć darmowy internet na lotnisku – naprawdę ze świecą szukać takiego dostawcy. Na szczęście coraz częściej mamy w smartfonach pakiety danych komórkowych i pocztę czy fejsa możemy sprawdzić sobie gdzie chcemy i to w ramach pakietu/abonamentu.
A jeśli nie masz pakietu danych, to po prostu poczekaj, facebook nie zniknie do czasu, gdy nie dotrzesz do domu czy pracy albo McDonaldsa 🙂
Przedłużone gwarancje
Serio, nigdy nie wiadomo, kiedy coś Ci się zepsuje. Może to być zarówno pól roku po zakupie, jak i 5 lat po nim. Płacenie, i to często dużych pieniędzy, za rozszerzoną gwarancję, jest szalone. To najczęściej pieniądze wyrzucone w błoto.
Dodatki do jedzenia – sosy
Serio keczup dodatkowo płatny 1 zł? W dzisiejszych czasach? No chyba Państwo żartują 🙂 Chciałabym napisać, że co innego sos-specjalność zakładu, przygotowywany na miejscu, drogi w produkcji itp. Ale uważam, że w szanujących się restauracjach powinno to być za darmo. A już na pewno łyżka takiego sosu nie powinna kosztować 3,5 zł.
Lód
Kupowanie lodu zamiast samodzielne zrobienie go, to jakiś absurd 😉 Ktoś z moich znajomych ostatnio powiedział, że zawsze kupuje lód na stacji benzynowej, bo nie chce mu się go robić. Trochę go wyśmiałam. Bo co to za robota? Kupujesz woreczki, wlewasz do nich wodę, chowasz do zamrażarki. I gotowe 🙂 Lód za darmo. No, za cenę wody.
Woda do picia
To akurat kontrowersyjny temat. Kiedyś pisałam, że nie ma sensu kupować wody do picia, skoro można filtrować/pić kranówkę. Moje zdanie mocno się w tej kwestii zmieniło, kiedy po pewnym czasie picia wody filtrowanej okazało się, że w moim organizmie brakuje wielu minerałów (znasz różnicę między wodą źródlaną zbliżoną do kranówy, a wodą mineralną?). Ale picie takiej wody raz na jakiś czas nie zaszkodzi, a dodatkowo za nią płacić nie trzeba. Inna kwestia to w ogóle ceny wody na lotniskach. Nie możesz przynieść swojej, to kosztuje miliony monet.
Opłaty bankowe
Jeśli masz konto za które musisz płacić, to je zmień 🙂 Aktualnie są na rynku oferty banków, gdzie konta są całkowicie darmowe. Uwaga, musisz się spieszyć, bo banki już podnoszą ceny ze względu na nowy podatek 🙂 Nie wiedzieć czemu rząd myśli, że to one pokryją te koszty, a nie Ty.
Wiadomości/dostęp do portali internetowych
Sorry, ale to, co robią niektóre gazety w swoich wersjach elektronicznych, czyli płatny dostęp do treści, to jakiś żart. Dostaniesz gratis 10 tekstów do przeczytania, a potem płać, 20-30-40 zł miesięcznie za czytanie tego, czego chcesz. Sorry. W dzisiejszych czasach to wszystko możesz przeczytać za darmo. Nie ma kompletnie żadnej potrzeby wykupowania tego typu abonamentów czy subskrypcji.
Bilety do muzeum/galerii
Zdecydowana większość takich miejsc kultury jak muzea czy galerie, proponują darmowe wejściówki raz w tygodniu, czasem rzadziej. Planując zwiedzanie tak się dopasuj, żebyś nie musiał kupować biletów. Zaoszczędzisz pewnie z kilkadziesiąt złotych od osoby.
Długopisy/notatniki
To są przedmioty, które w dzisiejszych czasach dostaje się gratis jako gadżety reklamowe. Długopisy można zdobyć wszędzie, za cokolwiek, notatniki czy inne tego typu notesy i zeszyty dostaje się podczas różnego rodzaju konferencji czy szkoleń. Nie kupuj, nie ma sensu.
O czym zapomniałam? 🙂



Mnie zawsze dziwią osoby, które w XXI wieku opłacają swoje rachunki na poczcie. Rozumiem że są osoby starsze które nie mają dostępu do darmowych kont internetowych, ale w dobie Internetu płacenie za możliwość opłacenia rachunków zakrawa o pomstę do nieba. Dlatego warto wspomóc np. swoich dziadków lub rodziców (których emerytura zazwyczaj nie jest najwyższa) i opłacać im rachunki przez Internet 🙂 Pozdrawiam!
To prawda 😀 płacenie prowizji poczcie i w ogóle chodzenie na nią po to, by zapłacić rachunki, to szaleństwo 🙂
Rachunki oplacane w banku dotycza zwykle starszych odob, ktore nie do konca maja zaufanie do takiego ustrojstwa jak internet. Nwet jesli ktos moze pomoc i zaplacic taki rachunek to z tego co zauwazylam jest to rowniez pretekst do wyjscia z domu, spotkania kogos i porozmawiania:)
Nigdy nie spojrzałam na to w ten sposób 😉
Ja też kupuję lód 😀 Jak bym miała na imprezę zrobić 1kg lodu, a potem się męczyć z wyjmowaniem go z woreczków, to już wolę dać te 3,5 zł. Tak samo jak robię drinki do zdjęć, ale wtedy to są koszty firmy, więc inna sprawa 😉
A ja nie mogę przeżyć jeszcze tego, że w knajpach nie ma darmowej wody w żadnej opcji, chociażby kranówki. Gdzieś tam niby jest, w kilku miejscach, ale przeważnie (w Łodzi) woda 0,3 l w knajpie kosztuje 5 zł, a piwo 0,5 l – 6 zł. No i jak żyć? :))
A i zapomniałaś jeszcze o parkingach przy centrach handlowych. To też powinno być zawsze za darmo, a niestety nie wszędzie jest.
I toalety! Byłam ze 3 lata temu w zoo w Gdańsku, wstęp kosztował kilkanaście złotych czy koło 20, a na terenie zoo toalety były płatne 2 zł. Nóż się w kieszeni otwiera.
Agnieszka, ale co to za męczarnia z wyjmowaniem lodu z woreczków? 😀
Taaak! Zgadzam się zarówno w kwestii wody z kranu w knajpach, parkingu przy centrach handlowych, jak i w związku z toaletami!!
Dla mnie jednak męczarnia, ale zamiast worków można korzystać z otwartych tacek dołączonych do lodówki zazwyczaj lub po zwykłej bombonierce, wtedy mamy jeszcze ciekawe wzory czasami takich kostek lodu 😉
Wow, ale świetny pomysł z tym opakowaniem po czekoladkach! W życiu bym o tym nie pomyślała… 🙂
Też miałam to napisać 😀
Zazwyczaj piwo w knajpie niewiele różni się od wody – pewnie stąd taka cena.
Dobre 🙂
ilu klientów by parkowało na darmowym parkingu przy Złotych Tarasach w centrum Warszawy, a ilu z nich byłoby tam by kogoś odprowadzić na dworzec albo wpaść na spotkanie biznesowe w którymś z okolicznych budynków? Iluz z pracowników okolicznych biurowców by tam parkowało na cały dzień?
Z tego co zauważyłem, płatne parkingi przy centrach handlowych często są właśnie w miejscach, gdzie jest wielu parkujących nie-klientów. Dlatego często są limity bezpłatnego parkowania, a w pobliżu takich „krytycznych” miejsc jak dworce czy lotniska parkowanie jest płatne od razu. To niestety domena ludzi, którzy wykorzystują okazje, by było wygodniej. I wbrew obiegowym opiniom, nie tylko w PL tak jest 🙂
Ok, mnie przekonałeś z tym parkingiem 😉
Taka jest smutna prawda. Gdyby parkingi były wszędzie darmowe dla klientów nie było by miejsca niestety. Mieszkam w niewielkim mieście i do 9.00 parking w centrum miasta jest pusty, zapełnia się gdy sklepikarze otwierają swoje sklepy, dla klientów zostaje niewiele miejsca.
Do listy dodałabym jeszcze telefon stacjonarny, dziś gdy królują komórki, które można mieć ze sobą zawsze wydaje się przeżytkiem.
Co to za problem wprowadzić darmowe parkowanie za zakupy w takiej galerii? Są już galerie gdzie idziesz do punktu, i po pokazaniu paragonu masz darmowy parking na ileś tam dodatkowego czasu…
No to jest jakieś rozwiązanie, pytanie tylko jak to dokładnie sprawdzić? Bo biznesmen przed spotkaniem kupi gumę do żucia i tyle – 3 godziny parkowania za free. Inna sprawa, jak mówię, to półgodzinne postoje (bardzo często darmowe), bo akurat ktoś odwiózł kogoś na dworzec…
W jednej z Biedronek w Warszawie (dzielnica „sypialna” miasta, nie centrum) mają kod kreskowy na paragonie i go skanujesz przy wyjeździe z parkingu. Wtedy nie płacisz.
Czasem tak jest, w wielu miejscach, np. we Wrocławiu.
Agnieszka,
Płatność za niektóre parkingi przy centrach handlowych jest często wymuszona przez otoczenie. W dużych miastach gdy centrum handlowe znajduje się przy Dworcu Głównym w strefie płatnego parkowania, nie pobieranie opłat za parking byłoby samobójstwem. Kliencie nie mieliby gdzie parkować, bo wszystkie miejsca byłyby zajęte przez pracowników okolicznych biur (np: Złote Tarasy w Warszawie). Inny przykład to centra handlowe zlokalizowane w dzielnicach biznesowych – np: Galeria Mokotów w tzw: „Mordorze”. Przez wiele lat pracownicy biurowi również zajmowali miejsca klientów.
Za wrzątek w schroniskach górskich! Te mniej przyzwoite pobierają np. 50 groszy za zalanie kubka ze swoją herbatą.
Co do lodu – kupuję czasem na stacji, jak mam ochotę na Mojito, bo mogłaby mi przejść, zanim lód my się zrobił. 🙂
Co do subskrybcji prasy – to zależy. Wyborcza ma kosmos ceny za subskrybcje, zwłaszcza na więcej, niż jedno urządzenie. Natomiast prenumeruję Newskeeka i mam zawsze numer w niedzielę wieczorem. Koszt: 4,4 zł za numer, papierowa wersja 5,9 zł. Jest mała, ale zawsze oszczędność.
Wymieniłaś chyba wszystko, co mnie irytuje. Podpisuję się także pod płatną toaletą. A, i dodałabym jednak szatnie w galeriach handlowych. Pamiętam czasy, kiedy były bezpłatne.
Co do banków to dla mnie liczy się jakość. Niestety, to są nasze pieniądze i trzeba przede wszystkim powierzyć je zaufanej instytucji. Wbrew obiegowej opinii, banki nie są instytucjami zaufania publicznego.
Podam przykład: PayPal przy płatności w walucie, podaje od razu kurs przeliczenia i w większości banków taki obowiązuje. Pewien bezpłatny bank, kiedyś zwany Alior Sync, czekał zawsze kilka dni roboczych „na księgowanie” i zawsze się okazywało, że kurs obierali mniej korzystny dla mnie jako klienta. Można by to uznać za przypadek, ale czas księgowania był różny: od 2 do 6 dni roboczych!
Inny przykład, który jest jednym z argumentów, za pozostaniem w Citi, w którym mam konto od 2004 roku: kiedyś tankowałem paliwo w Londynie. Jadę, jadę, jadę (dość szybko) i w połowie Niemiec chcę znowu zatankować. Citi zablokował mi kartę, bo ich system stwierdził, że nie mogłem się tak szybko przemieścić, więc możliwe, że skopiowano mi kartę. Za paliwo zapłaciłem inną, ale podoba mi się to, że bank chroni moje pieniądze od ręki i to na relatywnie małym dystansie jakim jest odległość między Anglią a Niemcami! Inna sprawa, że zwracają mi prowizję za przelewy dokonywane przez telefon 😉
Tak więc z bankiem się nie zgadzam absolutnie. Przez ostatnie 3 lata przeszedłem przez 9 banków i jakość jest niestety kluczowa.
PS. Płatny dostęp do portalu? Jak najbardziej, o ile idzie za tym brak reklam i produkty wysokiej jakości (np raporty Sedlak&Sedlak, na pewno nie Wyborcza.biz 😉 )
Bogusz, co do banku – ok, może rzeczywiście masz rację 🙂
Co do płatnych portali – to tak, właśnie o taka wyborczą mi chodzi 🙂
Ja dorzucam płacenie za wysyłkę w sklepach internetowych. Wiele miejsc wprowadza darmowy transport przy zamówieniu powyżej 100-150 zł. Warto tak organizować zakupy, by wykorzystywać efekt skali. Jeśli nie mamy takich możliwości, szukajmy sklepów, które współpracują z Inpostem (Paczkomaty) lub kioskami Ruch (Paczka w Ruch). Koszt wysyłki w paczkomacie to często kwota od 7,99-9,99 zł a w Ruchu ceny zaczynają się już od 2,99 zł (za książki).
No jasne, jak się da nie płacić za wysyłkę, to lepiej. Ale niestety nie zawsze jest taka opcja.
Dobrze wiedzieć takie rzecz, dzięki wielkie 😉
fajne jest to, że w wielu knajpach woda jest za darmo 🙂
a za co nie powinniśmy płacić? np. za prysznic na siłowni, a znam taką gdzie opłata jest :/
Mój mąż ciągle wydaje na lód. Koniec z tym 🙂
Zapomniała Pani o podaniu źrodła: http://www.wisebread.com/16-everyday-things-you-shouldnt-be-paying-for
No nie bardzo to było moim źródłem 🙂
A proponuję sobie wyguglać (https://www.google.pl/search?client=safari&rls=en&q=things+you+shouldn't+pay+for&ie=UTF-8&oe=UTF-8&gfe_rd=cr&ei=_TmjVobjIuiv8wex9IXoAg ), ile w sieci jest tego typu evergreenowych tematów i wtedy zastanawiać się nad tym, czy którykolwiek był źródłem. Bo sam temat, de facto wielokrotnie powielany, nie jest „źródłem”.
[Nie wytrzymałem i postanowiłem zabrać głos. Przeczytałem dokładnie kilka razy.]
A co, jeśli ma się zamrażalnik wielkości szuflady w akademiku? To raz.
Dwa, woda – są przeróżne sposoby na naruchanie sobie dobrej wody, niekoniecznie filtrowanej. Popatrz, czy są jakieś ogólnodostępne ujęcia głębinowej wody pitnej w Twojej okolicy i tam sobie chodź/jedź z baniakami. W Żorach takie źródła są, i ludzie z nich korzystają. A jak daleko od domu, to zawsze możesz połączyć z wycieczką.
Trzy, porównywanie cen na lotniskach i poza nimi to lekka przesada – przecież wiadomka, że na lotnisku nawet batonik snickers potrafi piątaka kosztować i nie wiem, skąd to zdziwienie.
Kwestia gwarancji to kwestia zarobku producenta, bo: on robi pralkę obliczoną na pranie dwa razy w tygodniu przez, powiedzmy, dwa lata. Ale nie znaczy to, że ona się po tych dwóch latach od razu musi zepsuć. Może pochodzić nawet i pięć lat. Ale może się zepsuć wcześniej – i przedłużona gwarancja daje odbiorcy końcowemu poczucie bezpieczeństwa. Samo to, że rzeczy mają termin trwałości/przydatności jest już chuja warte, ale na to już nic nie poradzimy. Producent daje Ci opcję: chcesz mieć gwarancję (właśnie!) że Cię nie zostawimy na lodzie jak coś się spieprzy – dopłać tę stówę. Zbiedniejesz?
[Kwadratowym nawiasem mówiąc, to całe dopłacanie za gwarancję kojarzy mi się z porównywaniem cen i zakupach w kilku marketach: Spoko, ten sam makaron/dezodorant jest o dwa golda tańszy w oszą, rzucam, niż w tesko. Ale: ile sztuk/paczek na raz kupisz, ile musisz poświęcić czasu i/lub paliwa, żeby pojechać tu albo tam, i jak to się przekłada na faktyczną oszczędność? Z tego by się dłuższy tekst złożył.]
Dalej – banki. Ja na ten przykład mam ING, i choć jak nie natrzaskam jakichśtam przelewów na miesiąc, to muszę płacić za konto – ale to jest kwestia przywiązania do firmy. Mam aplikację w telefonie, która działa dobrze, łatwo i intuicyjnie – to mi niweluje te grosze, które muszę zapłacić. A nie będę nagle zmieniał systemu, który dobrze działa, bo muszę za niego trochę więcej płacić. Tak samo nie zmieniłem audi 80 na sejczento, jak benzyna kosztowała 5.99. Poza tym, nie tylko taniość usług się liczy.
Płacenie za wifi…. Zależy. Ja na potęgę używam danych komórkowych, internet w kieszeni 24/7. Tam gdzie wi-fi jest gratis, korzystam (zazwyczaj), tam gdzie nie ma lub coś nakombinowali – dane komórkowe i cześć. Przecież nie ściągam filmów na telefon, co mi się może stać? Najwyżej zapłacę więcej rachunku, trudno.
Z sosami się zgodzę jako konsument, ale jako przykładowy człowiek z działalnością – już nie. Zarobić trzeba. Jakby pizza kosztowała 28 golda z sosem gratis, a 25 bez sosu, to którą wybierzesz? Sama piszesz, żeby picia w restauracjach nie kupować, bo się przepłaca. I ja nie kupuję, bo i tak mam wodę w aucie, a poza tym w dupie mam taki wybór jaki mają w restauracjach. Ale jak np. Ruda chce się napić wody czy soku, to jej nie zabronię, bo trzy złote nie majątek, nie ma o co kruszyć kopii. Generalnie – kwestia sosu czy picia czy innych dodatkowych opłat w knajpach to kwestia wyboru. Chcesz – bierz, nie chcesz – nie bierz. Proste. Po co ma się marnować, jeśli dadzą Ci trzy sosy do wyboru a Ty żadnego nie zjesz? Przecież jak Ty nie skorzystasz, to i tak Twojego nikomu później nie dadzą. I tak dalej – a przy dzikim kapitalizmie, który teraz mamy… Ile znasz zajebistych miejsc, których już nie ma?
Właśnie.
Wiadomości/dostęp – może i jest, jak mówisz – ale z tego co widzę, dostęp do Polityki, Gazety, Newsweeka i innych, miesięcznie wychodzi mniej więcej tyle samo, co kupowanie ich w wersjach papierowych. W czym problem? Bo nie rozumiem. Jak chcesz mieć za darmo, to ściągaj z peba czy pożyczaj od znajomych, czytaj w empiku….
A kwestia długopisów i notatników to już zupełnie inna para kaloszy. Bo wrzucanie do jednego wora wszystkich na raz to bezsens i głupota. Jak niby to, że używam konkretnych modeli stabilo i staedlera do konkretnych rzeczy, piszę konkretnymi modelami konkretnych marek, bo każdym inaczej „się pisze”, czuję różnicę między jednym papierem a drugim (od zawsze), ma się do tego, że długopisy to są reklamowe i powinny być gratis?
Jednorazowo, raz na kilka miesięcy, wydaję grube setki w papierniczym na zestawy cienkopisów, mazaków, foliopisów i markerów o różnych grubościach, różnych typach wkładów…. you got the point.
Są ludzie, którzy potrafią pisać tylko piórem, albo tylko konkretnym typem – jak tymi chińskimi długopisami, czy watermanami, bo są przyzwyczajeni. Z papierem się zgodzę, moleskiny powinni rozdawać na ulicach za darmo.
Galerie/muzea też przecież muszą na czymś zarabiać, i jakoś sobie nie wyobrażam, że nagle wchodzę wszędzie za darmo, bo przecież nie powinienem za to płacić… bo czemu? Rozumiem oszczędzanie: po co płacić, skoro w – rzucam – trzecią środę miesiąca wejście jest za darmo? Przy moim trybie życia pamiętanie, jaki dziś jest dzień tygodnia, który w miesiącu – i co to znaczy dla mojego życia kulturalnego – i egzekwowanie tego, jest jak wygrana na loterii. Bo ja nigdy nie zapamiętam, nie ogarnę się życiowo na tyle, żeby móc zorganizować sobie czas i życie na tyle, żeby tak ustawić czas i materię, żeby właśnie trzecia środa w miesiącu była zarezerwowana na muzeum. Nie ma takiej opcji. Skonfrontowałem właśnie tę myśl z moją narzeczoną – i jedynie w idealnych warunkach. przy uwzględnieniu najpomyślniejszych wiatrów, najbardziej sprzyjającej aurze i pogodzie – dalibyśmy radę najwyżej raz na trzy miesiące. Poza tym, jeśli sztuka ma być za darmo, to ja wypadam z biznesu i idę pod most, bo nie ma dla mnie miejsca na tym świecie.
Nie spodziewałem się takiego tekstu po Tobie, Stronę treściową obazgrałem powyżej, natomiast jeszcze pozostaje niespotykana forma:
I to forsowanie: „dziś powinno być darmowe”, „warto to sobie uświadomić”, „nie wszystko powinno nas cokolwiek kosztować”, „zobacz, za co płacić nie powinieneś”…. To brzmi jakby napisał to piętnastoletni idealista [z Che Guevarą na t-shircie], a nie osoba z takim doświadczeniem życiowo-zawodowym jak Ty [chyba, że Cię zupełnie nie znam]. Osobiście – nie żebym się zniesmaczył, czy coś. Ale sposób, w jaki ten tekst jest napisany, sugeruje, że Ci – i wszystkim – się należą te rzeczy, ten internet, te sosy, lód, długopisy i wejście do galerii. Ale….
Ale dlaczego?
[bez obrazy, wszelkie ewentualne pojazdy osobiste prawdziwe i domniemane są tu przypadkowo i nie mają na celu obrazić nikogo; wynikają jedynie z pewnej retoryki, którą autor powyższego komentarza się kieruje w stosunku do ludzi]
„kwestia przywiązania do firmy” – na to właśnie liczą wszystkie firmy. Że nie będzie Ci się chciało przenosić nigdzie indziej. Oczywiście jest inaczej, gdy firma zmienia target klientów. Wtedy Twoje przywiązanie będzie Cię słono kosztować (Citi jak zaczął celować w klientów z wyższej półki to zrobił skok z bezpłatnego konta za przelew 2000 zł (bez przelewu chyba 6zł) na konto za 25zł miesięcznie – chyba że przelewasz 5000 zł). Tak samo jesteś przywiązany do ubezpieczyciela auta? Bo ja co roku zmieniam. Mam listę firm, z którymi nie chcę współpracować, a pozostałe biorę. I nie szukam najtańszego OC – a jedyne firmy gdzie będzie najkorzystniejszy pakiet OC/AC (z dodatkami) za najlepsze pieniądze. Gdybym tkwił w firmie, gdzie miałem pierwsze ubezpieczenie, to bym przepłacał o 300-400zł rocznie. To w tej chwili sto litrów paliwa! To spora różnica – a kosztem jest właśnie to „przywiązanie” do firmy.
PS. Dopiero teraz, po jakiś 5-6 latach mówienia, do mojego Taty dotarło, że opłata rzędu 30zł/m-c za kartę jest bardzo wysoka. A kart ma 5…
Podane przez Ciebie kwoty faktycznie sprawiają, że „przywiązanie do firmy” kosztuje słono i zupełnie się nie opłaca. Ale w przypadku drobnych opłat, czasem można zapłacić już nie za dany produkt, ale za własny komfort. Jeśli przesiadka na darmowe konto ma oznaczać późniejszą frustrację z powodu np. wybitnie nieprzyjaznego systemu albo brak możliwości korzystania z pewnych usług (np. brak aplikacji mobilnej banku) – to kilka złotych za oszczędność czasu i nerwów nie wydaje się wygórowaną kwotą 🙂
Na pewno warto okresowo sprawdzać, czy nie ma gdzieś podobnej usługi w niższej cenie lub za darmo. Trzeba jednak wziąć pod uwagę nie tylko finansowe, ale i pozafinansowe koszty przesiadki 🙂
Skrajne przypadki podajesz, przynajmniej z mojego punktu widzenia (i to jest świetny przykład tego, że uogólnianie jest bez sensu).
Bank mam od 14. roku życia ten sam, i na moje potrzeby wystarcza. Nie potrzebuję mieć pięciu kart w pięciu bankach, mam pięć kont w jednym banku i żyję (firmowe, prywatne, 2xoszczędnościowe i walutowe). Jakby serio mnie zaczęli rżnąć na wielkie opłaty, to bym się zastanowił.
A z ubezpieczeniem? Idę do swojego ubezpieczyciela (zaprzyjaźnione biuro) który jak co roku wybiera mi najkorzystniejszą firmę i warunki (na moje potrzeby, podkreślam!) i właściwie tyle w temacie.
Jasiek, szczerze? To nie chce mi się odpisywać na ten komentarz, bo tak mocno znadinterpretowałeś mój wpis, że masakra 🙂 Ale ok, niech będzie:
Co do wody – no to przecież się zgadzamy. Co do cen z lotnisk, to chodziło właśnie o skalę.
Co do gwarancji – też się przecież zgadzamy, nie rozumiem w czym problem.
Co do banków – imo mocno bez sensu być w jednym banku tylko z powodu przywiązania 🙂 Ale jestem w stanie to jakby zrozumieć. To, że konto może być darmowe, nie znaczy, że musi być gorsze. ING jest akurat spoko opcją.
Co do wifi – też tak mam, że korzystam z danych komórkowych. Ale np. za granicą nie jest już tak pięknie i tych danych komórkowych nie mamy. A wi-fi jest wszędzie. Ale płatne.
Z sosami – ale ja nikomu nie zabraniam 🙂
Co do płacenia za dostęp – przypominam, że mówię np. o płaceniu za dostęp do wiadomości w gazetawroclawska.pl, podczas gdy we wroclaw.pl dostanę to samo za darmo. Sama często płacę w sieci za dostępy, ale za to, czego za darmo mieć nie mogę. Piszesz o pebach – sorry, ale ja nie piszę o piraceniu.
Co do długopisów czy notatników – nie mówiłam o sytuacjach, że ktoś jest przywiązany do jakiejś marki i ma przestać z niej korzystać. Ale właśnie bardzo często ludziom jest obojętne, czego używają. Sama nie jestem przywiązana i jedyne długopisy, jakich uzywam, to te firmowe, a notatniki to te, które dostałam na konferencjach branżowych.
Co do muzeów i galerii. Tutaj osiągnąłeś juz szczyt swojej nadinterpretacji pisząc, że moim zdaniem sztuka powinna być za darmo 🙂 Więc nawet tego nie skomentuję.
Cóż – nie spodziewałeś się takiego tekstu po mnie – no tak to już bywa 😉 czasem zaskakuję.
Pozdrawiam!
Nadinterpretacja vs interpretacja: Podejście drugie.
A jednak.
Czy się zgadzamy, czy się nie zgadzamy w kwestiach istotnych, czyli tematycznych, retoryka Twojego posta na mnie podziałała, a nie treść, co zresztą opisałem powyżej. Wiesz, te wszystkie „musisz”, „powinieneś”, „powinno” etc. plus ogólniki, zwracanie się bezpośrednio do czytelnika… skąd mam wiedzieć, czy Twój post jest do takich jak ja czy nie, skoro zwraca się do wszystkich?
A w kwestii sztuki i płacenia za nią czy nie – to temat równie grząski, jak „droższe znaczy lepsze” – nie dojdziemy do porozumienia, bo nie wierzę, żeby dowolne dwie osoby na świecie na raz się zgodziły we wszystkim w tym temacie – więc można to zostawić.
Jest w tekście kilka rzeczy, z którymi się nie zgadzam, ale ponieważ większość z nich została wspomniana powyżej, to odniosę się tylko do jednego punktu: darmowego dnia w muzeach.
W tych mniej popularnych owszem, jeśli jest taka możliwość to można wybrać się właśnie wtedy. Ale do dziś pamiętam wycieczkę do Muzeum Powstania Warszawskiego, właśnie w dniu kiedy było za darmo. Już kilka minut po otwarciu była kolejka na ponad sto osób! Efekt? Sporej części wystawy nie zobaczyliśmy, bo zwyczajnie nie lubimy przepychanek z innymi zwiedzającymi. Więc naprawdę, wolę wybrać się w mniej popularnej porze, zapłacić ile trzeba, ale za to mieć komfort spokojnego zwiedzania w swoim tempie 🙂
W ogóle jestem zdania, że czasem warto płacić za rzeczy, które mogłyby być darmowe. Płacę za pasujący do moich potrzeb kalendarz, choć w pracy dostaję porządny za darmo. Kupuję nowe kubki, z których piję z przyjemnością, jednocześnie chowając na dno szafy inne, które dostałam za darmo. Płacę za wkłady do ulubionego długopisu, zamiast chomikować darmowe po różnych targach. Czasami drożej = lepiej 🙂
Drożej = lepiej działa tylko w określonych przypadkach, ale wtedy zazwyczaj działa zajebiście. 🙂
Justyna, zgadzam się i bardzo często też wybieram taką opcję, jak Ty – np. nienawidzę chodzić do kina na „środy z Orange”, bo wiem, że będzie milion ludzi i samo dojście do kasy zajmie sto lat. A kupno popcornu będzie graniczyło z cudem.
Rozumiem przykład z Muzeum Powstania Warszawskiego, bo tam nawet nie trzeba iść w darmowy dzień, żeby był tłok, a tłok bardzo utrudnia zwiedzanie. Ale to sytuacja skrajna, w bardzo wielu galeriach i muzeach po prostu zwykle nikogo nie ma.
I ja również mam tak, jak Ty piszesz – z rzeczami, które uprzyjemniają lub ułatwiają mi komfort życia.
mozesz pojsc do dcfu, wjazd za 11stke i kolejek nie ma – porównania z multikinem też nie ma. btw, dlaczego masz z góry zatickowana opcje zapisz mnie do newslettera?
Oczywiście, że mogę. Czy gdzieś powiedziałam, że nie mogę? 🙂 Napisałam tylko kiedy nie lubię chodzić do multikina.
A dlatego, żeby zyskać więcej czytelników. Ale tak na dobrą sprawę, już dawno chciałam tę opcję wyłączyć. Dzięki za przypomnienie!
Co do wody na lotnisku to jest prosty patent, zabierasz PUSTĄ butelkę po napoju i po przejściu kontroli bezpieczeństwa napełniasz w toalecie. W Londynie są nawet specjalne wysokie krany aby można było łatwo butelkę napełnić. Koszt ZERO zł 🙂