Nie odkryję tym postem Ameryki. Każdy, kto wakacje spędza nad polskim morzem, dokładnie to wie. Ale ja i tak mam zamiar dolać oliwy do ognia. I usprawiedliwię się przy okazji, że przez 2 tygodnie nic tu się nie działo. Urlopowałam 🙂 No to dziś – ceny nad polskim morzem.
Jak co roku, a raczej 2-3 razy do roku, jeżdżę nad morze. Zwykle wybieram Gdańsk – kocham to miasto i mimo że moi współtowarzysze często nie rozumieją czemu, często upieram się właśnie nad tym miejscem. Od typowych polskich kurortów wyróżnia się tym, że gdy nie ma pogody (a nie oszukujmy się, zwykle jej nie ma), to jest tam co robić. Można pojechać do Sopotu, do Gdyni, czy też do Malborka, Krynicy Morskiej albo po prostu do Władysławowa na rybkę. A gdy pogoda jest, to cudowną plażą witają nas Stogi.
Ale do rzeczy. Ceny nad polskim morzem, wszystkiego, są horrendalne! Postaram się to przedstawić w jak najprostszy i jak najbardziej czytelny sposób. Urlop trwał 5 dób.
30 zł – autostrada A1, tyle trzeba zapłacić za 150 km autostrady od węzła Nowa Wieś po węzeł Rusocin (praktycznie Toruń-Gdańsk). Jasne, A4 ze Śląska do Krakowa jest kilometrowo droższa, niech będzie. Ale to nadal dużo 🙂
240 zł – tyle kosztowała 1 doba w 4-os. domku rozmiaru tak naprawdę domku 2-os (jakieś 12 m2). W domku z umywalką i toaletą (prysznice były oddzielnie), z małą lodówką i czajnikiem (koniec udogodnień). Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym zabrała się za bukowanie wczasów w marcu, mogłabym znaleźć coś tańszego. Ale zabrałam się za to dopiero w kwietniu 🙁 Zatem 60 zł za osobę, za dobę.
20 zł – tyle kosztowało w tym miejscu śniadanie. Chyba by nas ostro porąbało, gdybyśmy skorzystali :))
10 zł – tyle kosztuje gofr z bitą śmietaną i owocami. Za taki sam zestaw, miesiąc wcześniej, w Polanicy Zdroju, płaciłam 6,5 zł. Tak, to też kurort i też wtedy były wakacje. Zresztą, podobnie było z lodami – w Gdańsku trudno o małe lody amerykańskie w cenie niższej niż 5 zł, w górach – 3,5 zł.
8-9 zł/100 g – tyle kosztuje „świeży” dorsz w większości miejsc. Świeży celowo w cudzysłowie, bo ileż to ja razy usłyszałam, że dostanę świeżego dorsza w lipcu-sierpniu (a wtedy panuje okres ochronny i zabrania się połowu z wyłączeniem indywidualnych połowów. Jasne, już widzę, jak wielka smażalnia sama łowi rybki).
2,5 zł – tyle wszędzie kosztują toalety. To teraz policz sobie, ile trzeba zapłacić za „siku” gdy cały dzień spędza się na plaży.
3 zł – tyle kosztuje jedna godzina parkingu przed plażą w Stogach. No to zapłać dwie dyszki za samo stanie autem 🙂
15 zł – tyle średnio w lokalu kosztuje piwo, które nie jest Lechem czy Tyskim. To połowa kwoty za danie obiadowe.
75 zł – tyle kosztuje 200 g stek z rostbeffu w jednej z restauracji wzdłuż Motławy, innej zresztą też – przy ul. Piwnej w centrum Gdańska. Sam stek, ziemniaczki plus sałatka płatne dodatkowo. To akurat przetestowane podczas majówki. Aa i wielka łaska kelnera, żeby w ogóle podszedł. Bo przecież mówiłyśmy po polsku, więc statystycznie jesteśmy biednym klientem.
10 zł – tyle kosztuje przejechanie się tramwajem wodnym w jedną stronę bez względu na liczbę postojów. I o tyle trasa Gdańsk-Centrum (pod Żurawiem) – Westerplatte – jest tego mocno warta, to przystanek centrum-Żabi Kruk (ok. 1 km) już zupełnie nie. Ale cóż. Pewnie wprowadzenie biletów zależnych od trasy, byłoby mocno skomplikowane.
I można by tak długo wymieniać. I żeby nie było. Nie o to chodzi, że jestem skąpa. Czy że jestem sknerą. W dobrym hotelu płacę 35 zł za śniadanie, nocuję w znacznie droższych miejscach, ale jest to warte swojej ceny. Nie lubię, gdy coś jest kompletnie nieproporcjonalne w stosunku jakość-cena.
Uważam, że tak wysokie ceny nad polskim morzem w połączeniu z brakiem gwarantowanej pogody sprawiają, że Polacy coraz częściej wolą spędzić urlop za granicą. Na pogodę nic nie poradzimy, ale na ceny ktoś może…
Słuchałam w wiadomościach reportażu o Zakopanem latem (to już jest w ogóle chyba najdroższe miasto turystyczne w Polsce). Lokalna babcia wypowiadała się tylko o tym, jakby to turyści mogli „mniej patrzeć, a zostawiać więcej dudków” – dudków, czyli pieniędzy. Jasne, pewnie by zostawiali, gdyby wszystko tam było warte swojej ceny. Ale niestety, bardzo często nie jest.
Podsumowując, no mam sentyment do polskiego morza, nie ma co. Jest naprawdę piękne. I pewnie nadal będę tam jeździć. Ale mam głęboką nadzieję, że coś się zmieni w kwestii naciągania nas na kasę i ceny nad polskim morzem choć odrobinę zmniejszą się.
A na koniec – parę fot z Gdańska i Gdyni.












Chyba na całym wybrzeżu jest ta samo. Smażalnie przy promenadzie, deptaku, gdzie cena ryby spora, a wiadomo, że mrożona albo dorsz atlantycki. W smażalni w Świnoujściu spytałam i pani powiedziała, że nie mają bałtyckiego, bo teraz się nie łowi, więc szacun za uczciwość. Co do reszty to tak – ceny zbliżone, choć już kawałek od promenady za tego samego gofra płaciłam mniej. Wracając do smażalni – wszędzie na jedno kopyto, dopiero jak trafiłam do lepszej knajpy, to zjadłam najlepszą zupę rybną w życiu, ale kosztowała 17 zł, a nie 5-7 zł, jak wszędzie indziej. Warto było. Jak byłam na Stogach w zeszłym roku to raz zjadłam tam rybkę i nigdy więcej – Stogi mają fajną plażę, camping, ale reszta to nieporozumienie cenowe i jakościowe. Na rybę jeździłyśmy więc do Gdyni albo Brzeźna – o niebo lepiej.
Dorsz bałtycki to odmiana atlantyckiego w końcu 😉 Najlepszy jest nad polskim morzem „świeży pstrąg”, który jak wiadomo, nie jest rybą morską.
Co do rybki na Stogach – jem ją od 15 lat. Nie jest zła 🙂
Polacy to mają już niestety we krwi, takie kombinowanie jak najmniej wydać a jak najwięcej zarobić jest na porządku dziennym, nie tylko w kwestii wakacyjnych kurortów. I czasami nawet nie tylko w Polsce.
Zgadza się Bogusz. Tacy są Polacy i to jest smutne 🙁 Niedługo to nawet Niemcom nie będzie się opłacało jeździć do Świnoujścia.
Nie tylko w Polsce, a to jeszcze gorzej, bo to nam psuje reputację jako narodu, na świecie. I buduje niefajne stereotypy.
ale powiem Ci, że na zachodzie też się z tym spotykam. Oczywiście im większy „brand” tym jest lepiej, ale osoby na poziomie małej firemki czy wręcz jednoosobowej działalności to niestety podobny poziom. W UK coś pomiędzy hostelem a hotelem ze śniadaniem, na które składał się chleb tostowy, płatki, mleko, margaryna i dżem. Więc poziom też bardzo, bardzo budżetowy…
My jeszcze do środy jesteśmy w Międzyzdrojach. W sumie będziemy tu 2 tygodnie. Wynajmujemy mieszkanie, robimy sami śniadania reszta 'na mieście’. Zarezerwowałam mieszkanie późno bo jakieś 3 tygodnie przed przyjazdem. Wcześniej z powodu zmiany pracy nie mogłam nic zarezerwować. Ale do czego zmierzam. Pobyt nad morzem kosztuje nas dokładnie tyle samo co pobyt na Wyspach Kanaryjskich (sprawdzałam, i nawet mieszkanie znalazłam tańsze a duuużo ładniejsze). I choć uwielbiamy polskie morze to niewykluczone, że w następnym roku pojedziemy jednak na Kanary..
To prawda! 🙂 Też to porównywałam w głowie z Teneryfą czy Lanzarote. Właśnie o to chodzi. Takie ceny mocno zniechęcają. Pomyśl, jaką pogodę mielibyscie teraz na Kanarach! 🙂
Pogoda gwarantowana. I spełniłoby się moje marzenie o wakacjach – spakowanie się do walizek podręcznych i ewentualnie kupienie wszystkiego na miejscu 😉 Mimo wszystkiego lubię polskie morze, naprawdę tu odpoczywam. Ale trzeba też racjonalnie podejść do stosunku ceny do usług i możliwości danego miejsca. Pozdrawiam nadmorsko 😃
Kocham polskie morze i odwiedzam je każdego roku. Zwykle wybieramy kurorty plażowe takie jak Władysławowo, Jastarnia czy Krynica Morska. Mamy do nich najbliżej. Do poziomu cenowego i jakości zdążyłem się już przyzwyczaić. Ogromny popyt, niewielka podaż i ceny są kosmiczne. Spróbuj odwiedzić mniejsze miejscowości np.: Piaski. Jeden czy dwa sklepy spożywcze.
Ostatnio jeszcze większym zmartwieniem jest dla mnie brak sensownych restauracji po drodze. Mamy piękne autostrady i drogi ekspresowe dzięki którym czas dojazdu skrócił się o kilka godzin. Niestety obok nich znajdują się jedynie fast foody takie jak McDonald’s, Burdger King czy KFC. Polecam sprawdzić trasa Warszawa – Wrocław (A2->S8), Warszawa – Trójmiasto (A2->A1).
Dominik, ależ znam też mniejsze miejscowości typu Pobierowo, Dziwnówek, Darłówko, Międzywodzie czy Łukęcin itp.
Co do postojów – to wiem, przerabiam to regularnie – teraz też – Wrocław-Gdańsk – S8-A1 – niby piękna droga, a nic po drodze. Nawet o te mc donaldy jest trudno.
A przyznam jednak, że mając do wyboru znaną sieć fastfood i nieznana restauracje i tak wybiore fastfooda. Zdrowo może nie jest, ale przynajmniej mają jakieś – jasno określone standardy i nie zjem tam nic zepsutego 🙂
Na trasie Wrocław > Łodź, czyli ekspresówka na warszawę, jeszcze nie tak dawno nie było niczego 😉
Pod Wrocławiem jest tylko jeden Orlen i nic więcej 😀
A no i MOP-y są. Tylko z toaletami. Ale to prawda – to od niedawna.
To prawda. Za rok – dwa wszystko się zmieni, ale brakuje mi takich miejsc jak Autogrill w Niemczech.
Jak się wybiera Gdańsk to i ceny są gdańskie 😉 Białogóra, za pokoje w prywatnym domu w całkiem niezłym standardzie, z własną łazienką; aneks kuchenny do dyspozycji jak komuś chce się gotować na urlopie, bezpłatny parking, ogródek, miejsce do grilowania, etc. – 50 zł/os za dobę nad polskim morzem.
Joanno, Gdańsk był przykładem z teraz. Ogólnie to mam doświadczenie z wieloma kurortami nad polskim morzem – Pobierowo, Dziwnówek, Darłówko, Międzywodzie, Łukęcin – mniejszymi i większymi. I ceny domków np. niewiele się różnią.
Pokoje czy pensjonaty mnie nie interesują, bo najbardziej lubię ten klimat domków letniskowych w lesie.
zimą nad polskie morze? 🙂 Toć tam się wtedy nic nie dzieje!
Ja jeżdżę. Bardzo sobie chwalę… Mam basen i saunę do dyspozycji 😀
To równie dobrze mógłbyś być wtedy w Ciechocinku 😛
NIe. Uwielbiam morze zimą 😀
Szanuję to więc 😉
Dlatego od lat moim ulubionym sposobem wyjazdu nad morze to albo poza sezonem, ale namiot na Openerze. Blisko morze, muzyka, chillout – polecam. 🙂
poza sezonem to praktycznie nic nie ma – to w drugą strone nie jest juz zbyt dobre, kiedy np. nigdzie nie dostaniesz gofra a wszystkie promenadowe stoiska są nieczynne…
Opener jest w planach, ale raczej nie jako urlop, bo to 3 dni hardkoru 😀
wtedy jest cisza i spokój i można się spokojnie położyć na plaży – o ile ktoś nie lubi opalania, a wystarczy mu sam szum fal i czas na relaks.
w ciepłej kurtce 😉
Ja – choć bardzo lubię polskie morze – jestem sknerą i szkoda mi kasy na wakacje w Polsce. Uważam, że nie są warte swojej ceny… Tak – mamy piękne plaże, tak – zachody słońca nad polskim morzem są magiczne, tak – nawet ten cały festyniarski klimat na nadmorskich deptakach ma swój urok, ale… Nie za takie pieniądze. Wydając niewiele więcej (a może i porównywalną kwotę) na zagraniczne wakacje mam w cenie pogodę, ciepłe, krystalicznie czyste morze, zdrowszą, np. śródziemnomorską kuchnię, przepiękne widoki… No naprawdę nie wiem, czy coś byłoby w stanie mnie teraz przekonać do spędzenia tygodniowych wakacji nad polskim morzem. Dla mnie polskie morze jest OK na krótki wypad, ale ten z kolei średnio się opłaca ze względu na cenę transportu i czas, który trzeba na to poświęcić… No cóż. Jestem sknerą, wolę oszczędzać pieniądze i czas.
Agnieszka,
Ja też wybieram polskie morze jedynie na krótkie wypady – max 5-7 dni 🙂
I ja i ja 🙂 Max!
A widzisz, ja teraz byłam na 5 dób, w sumie 6 dni i to był jeden z dłuższych moich pobytów nad polskim morzem w ostatnich latach. Nie wyobrażam sobie np. jechać tam na 2 tygodnie. Bo wydałabym fortunę i pewnie przez 10 dni by padało 🙂
Dłuższy urlop planuję spędzić w Grecji lub Hiszpanii we wrześniu.
Szczerze mówiąc, kompletnie nie wyobrażam sobie urlopu nad morzem. Nie lubię „plażowania”.
Za to mieszkam nad morzem i nie wyobrażam sobie mieszkać gdzieś dalej 😀
Ale mieszkając tu, nie płacę za dojazd, nocleg, parkingi nadmorskie. Nie jadam w knajpach nad samą Motławą 😀 Wiem, gdzie można wypić dobre piwo w normalnej cenie. I nie wierzę w świeże ryby w restauracjach (chyba że w Metamorfozie), jak chcę świeżą to biorę prosto z kutra i smażę w domu 😉 Wtedy kosztują ok. 5zł za kilogram…
Pełna zgoda! Właśnie wróciliśmy znad polskiego morza… Wyjazd – spontan, miejsówka (Jarosławiec) znaleziona teraz w sierpniu (żona rybaka powiesiła ogłoszenie na płocie, że chętnie wynajmie mały domek w ogrodzie, tuż przy głównym deptaku, rzut beretem od plaży – Bałtyk widzieliśmy z tarasu). Skusiła nas cena (150 zł/doba) a także świadomość, że ostatni raz byliśmy na Wybrzeżu w epoce przed Dziećmi… Pamiętam czasy, gdy wczasy 2 tyg spędzało się z Rodzicami w Dziwnowie, Darłówku, a potem z zakładu pracy Mamy lub Taty śmigało się na kolonie (też 2 tyg) do Mielna lub Dziwnówka i nie były to żadne luksusy, nie opływaliśmy w gotówkę… Teraz za tygodniowy urlop z dwójką Maluchów zapłaciliśmy tyle, co za dwa tygodnie tureckie: przy niepogodzie ratowaliśmy się aquaparkiem (dwa wejścia) czy krytym placem zabaw (raz). Nie stołowaliśmy się codziennie w knajpie, bo nasz Gospodarz przynosił świeże rybki prosto z kutra (15 zł za sześć sporych sztuk: sandacze plus turboty), ale i tak ceny lodów, gofrów bądź wszelkich innych smakołyków skutecznie drylują portfel. Nie mówiąc o przejażdżce karuzelą (na szczęście Dzieciaki wybierały na wesołym miasteczku mniej „szalone cenowo” atrakcje), gdzie w kasie liczy się miejsce za dorosłego i za dziecko (nawet to niespełna dwuletnie). Jasne, można nie płacić, nie kupować, mniej jeść i w ogóle darować sobie wypoczynek nadbałtycki… Ale trochę byłoby szkoda, bo naprawdę mam do tych klimatów wielki sentyment. Nawet mimo zwariowanej, niepewnej pogody.
Otóż to Aniu! Wygląda na to, że ciągle wracamy nad morze z powodu sentymentów 🙂 Pytanie jak długo sprzedawcy tam będą mogli na tym „jechać” i kiedy skończy się nasza cierpliwość i przestaniemy przyzwalać na finansowe naciąganie 🙂
Też pamiętam czasy, jak spędzałam 2, czasem nawet trzy tygodnie na koloniach, potem przyjeżdżali rodzice i brali nas na jeszcze 2 tygodnie wczasów kilka miejscowości dalej. I jakoś dało się to spiąć finansowo.
Teraz to jakieś nieporozumienie 🙁 Ale niech tak dalej drylują ceny, to w ogóle przestaniemy tam jeździć i nie zarobią nic.
Czy ktoś tu rozumie czym jest popyt i podaż? Chcecie żeby było taniej to przestańcie tam jeździć albo otwórzcie swój wielki hotel i przyjmijcie takich malkontentów jak wy za darmo-szlachetnie.
Paweł, idź sobie lepiej gdzieś indziej 🙂
To blog, którego czytelnikami są ludzie inteligentni i rozumieją co to jest popyt i podaż. Ale ten popyt jest tu trochę wymuszony – Polacy jeżdżą obecnie częściej nad polskie morze, bo nie mają lepszej alternatywy – po prostu boją się jeździć do krajów cenowo porównywalnych – Egiptu, Turcji czy Tunezji, bo dzieją się tam różne rzeczy. I to właśnie wykorzystują handlowcy nad morzem – jak ta sytuacja będzie trwała dłużej – popyt spadnie.
E, no nie wiem, czy strach tu coś napędza – strach jest od kilku lat, a ceny nad morzem były wywindowane od kiedy tylko pamiętam…
No popatrz. Napisałem komentarz, który nie przyklaskuje Twojemu utyskiwaniu i już mam sobie iść. Nie ma sprawy, ale jeszcze mały komentarz: Są kraje tańsze od Polski i równie bezpieczniejsze, ale w tak inteligentnym towarzystwie na pewno słyszano o Bałkanach. Już nie wspomnę, że w Polsce mamy góry (dużo tańsze), a dla lubiących wodę jeziora.
No i mnie właśnie nigdy to nie przekonywało do polskiego morza…cena jak za luksus i jak dla mnie z kosmosu…Ostatni mój pobyt nad polskim morzem, jakieś 5 lat temu – sam nocleg płaciliśmy 80 zł (jakieś 20 euro) od osoby, w pokoiku na poddaszu w domu prywatnym oddalonym przynajmniej 500m od plaży….Porównując (40 euro za dobę dla dwóch osób) tyle samo zapłaciliśmy rok temu za apartament na Sardynii – przy samej plaży, z widokiem na morze, tarasem i w pełni wyposażoną kuchnią plus gwarancją pięknej pogody 🙂
Dołączam się zatem do „klubu malkontentów”. Zresztą narzekałam też na nadmorskie ceny, a może przede wszystkim jakość posiłków kilka miesięcy temu… Po ostatnim kilkudniowym wypadzie nam morze stwierdziłam, że następnym razem musimy mieć do dyspozycji kuchnię… Kilka mega prostych i szybkich potraw i się człowiek nie stresuje, biegając po knajpach z głodnym dzieckiem 🙂