Rozkmina na dziś. Usiądź, weź łyk kawy, zrelaksuj się. I odpowiedz sobie na pytania – jak ważne są dla Ciebie pieniądze?
Czy to one są dla Ciebie wyznacznikiem szczęścia? Czy to o nich myślisz od razu po przebudzeniu? Czy ciągle chcesz ich mieć więcej i więcej?
Czy szkoda Ci pieniędzy na przyjemności? Na bliskich? Nie musisz odpowiadać na głos.
Wystarczy że zrobisz to przed sobą. Uświadomisz sobie to, czy masz problem.
Pieniądze są mocno paradoksalne. Bo jak się ma ich bardzo mało – to są dla nas bardzo ważne. Często najważniejsze. Ciągle o nich myślimy, bo regularnie nam ich brakuje. Ale podobnie jest, gdy mamy ich naprawdę dużo. Wtedy już cały nasz świat się wokół nich kręci. Rzecz jasna teraz generalizuję. Ale idąc tym tropem, trzeba by po prostu znaleźć złoty środek. „Znaleźć” brzmi tu dość abstrakcyjnie. Znaleźć ten najzdrowszy moment, gdy pieniądze będą jedynie środkiem do osiągania celów.
Gdy nie mamy na tyle, by wystarczyło do ostatniego, trudno nam mówić, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Bo jak można być szczęśliwym, jeśli nie można sobie pozwolić na to, by kupić dziecku lody w sklepie, ba… jeśli nie można mu zapewnić pełnego brzuszka codziennie. Trudno wtedy zarzucać komuś, że nieustanne myślenie o pieniądzach jest złe. Jak wtedy właśnie każdy przypływ gotówki może przynieść trochę szczęścia.
Ale odstawmy na bok skrajne sytuacje. Zastanawiałam się ostatnio nad swoim podejściem do pieniędzy. Sama nie zarabiam ani mało, ani dużo (rzecz jasna to mocno subiektywne, bo zdaję sobie sprawę, że dla dużej części społeczeństwa zarabiam kokosy). Wystarczająco. Jestem w stanie odłożyć co miesiąc 25-30% swojej pensji. To zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Jasne, chciałabym więcej, każdy by chciał, ale cenię też sobie swój czas i wiem, że wyższe zarobki wynikałyby głównie z większej ilości pracy.
Zastanawiam się jednak powoli nad tym, by dążyć do tego, by jednak poświęcając tyle samo czasu, zarabiać więcej. Wiązałoby się to z porzuceniem etatu, a do tego podchodzę jeszcze ostrożnie. Miałabym wtedy średnio 168 godzin w miesiącu więcej czasu niż obecnie (a właściwie jeszcze więcej, bo dojazd zajmuje mi ponad godzinę w obie strony). A każda z tej godziny mogłaby być połowę więcej warta niż obecnie. Nie ma jednak wątpliwości, że umowa o pracę, etat, to coś, co daje coś bezcennego – właśnie to bezpieczeństwo (jeszcze poza finansowe aspekty – Multisporty, Luxmedy itp.). Jasne, też ta praca może zniknąć, ale zawsze jest miesięczny okres wypowiedzenia. I poduszka finansowa.
Mam też wysokie koszty utrzymania – kredyt hipoteczny, czynsz, leasing na samochód, benzyna i inne standardowe koszty życia. Wiem, że można by je trochę obniżyć, powoli do tego dążę, ale nie jest mi z tego powodu jakoś specjalnie ciężko. Obce mi są myśli zbieżne z tymi, o których czasem można przeczytać, że ludzie z kredytem nie mogą spać po nocach i ten dług obciąża ich psychicznie tak, że nie są w stanie myśleć o niczym innym.
Czuję komfort psychiczny. Nie boję się, że nie wystarczy mi do ostatniego. Ale jednocześnie zupełnie się pieniędzmi nie przejmuję. Tzn. mam świadomość, że są ważne i nie mogę ich wydawać na byle co, ale jeśli mam potrzebę coś kupić, a czasem nawet zachciankę, to to robię. W ramach, na przykład, nagrody za coś. Jeśli bliska mi osoba czegoś potrzebuje, nie zawaham się, by wydać na nią pieniądze. I tak to u mnie działa. Nie myślę w kategoriach „O cholera, wydałam o 200 zł za dużo, co ja teraz zrobię”.
Czasem mnie najdzie myśl „Ale by było świetnie nie mieć kredytu na głowie albo chociaż mocno go nadpłacić”. Jasne, ale kto nie ma takich myśli? Lepiej też wyglądałyby moje konta oszczędnościowe z dodatkowymi zerami na końcu. No cóż. Może kiedyś do tego dojdę.
Ale obecnie, w moim życiu, są ważniejsze rzeczy, niż pieniądze. I uważam, że takie właśnie podejście jest najlepsze. Związek, rodzina i przyjaciele, kariera, realizacja marzeń, podróże… a dopiero potem gdzieś jest ta kasa. Jasne, bez niej nie byłoby mowy o podróżach i realizacji planów, ale to właśnie do tego są potrzebne, a nie do tego, żeby były bytem samym w sobie.
Jednocześnie doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że jestem w lepszej sytuacji niż inni, którzy muszą odliczać do ostatniego i bardzo rozważnie podchodzić do wydania każdego grosza. Ale nie mam z tego powodu jakichkolwiek wyrzutów sumienia, bo w końcu do wszystkiego doszłam ciężką pracą. I jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że pracuję też znacznie więcej niż przeciętny Kowalski.
A jakie jest Twoje podejście do pieniędzy? Przyznaj się 🙂 Jesteś sknerą? A może po prostu rządzi u Ciebie oszczędność? Bardzo jestem ciekawa Twojego zdania.

Dodaj komentarz