Zaufania konsumentów nie da się kupić? Liczne programy lojalnościowe udowodniły, że jednak się da i wcale nie jest to bardzo wysoka cena. Skuszeni promocjami klienci przywiązują się do danej marki i przestają się interesować ofertą konkurencji, pytanie tylko, czy owo przywiązanie to efekt własnych przekonań czy może wynik sprytnego marketingu?
Ostatnie dni to start programu lojalnościowego Biedronki – Moja biedronka – połączony z wydawanie tysięcy złotych, by otrzymać maskotkę-warzywko lub maskotkę-owoc. Wiele osób ten program hejtuje. A ja jestem pewna, że da radę i odniosą sukces.
Skórka niewarta wyprawki
Typowe programy lojalnościowe najczęściej przebiegają według schematu: kupujesz produkty marki X, otrzymujesz za to punkty, a jak uzbierasz ich określoną liczbę, dostajesz nagrodę. Wybór na pozór imponujący, bo klient dostaje całą gazetkę z katalogiem dostępnych prezentów, ochoczo wyrabia sobie kartę stałego klienta i cieszy się z pierwszych punkcików na koncie. Gdy jednak entuzjazm minie, okazuje się, że owszem, nagrody są, ale… Po pierwsze, zbieranie punktów jest niezwykle czasochłonne. Po drugie, jakość otrzymanych prezentów jest raczej taka sobie. Przykładowo, za zatankowanie na wybranej stacji paliwa o wartości 1000 zł otrzymuje się latarkę wartą 10 zł. Są oczywiście i bardziej wartościowe nagrody, jak rowery czy telewizory, ale żeby zostać ich szczęśliwym posiadaczem, trzeba najpierw zostawić w kasie spore sumy pieniędzy, co potrafi zająć nawet kilka lat.
Dziś, gdy wiele osób na własnej skórze zdążyło się już przekonać o niskiej opłacalności podobnych akcji, coraz trudniej namówić klientów do systematycznego punktowania, ale w dalszym ciągu są klienci mozolnie naklejający swoje znaczki na specjalnych karteczkach, bo skoro już zaczęli i tyle wykleili, to nie ma sensu teraz nagle wyrzucać tego do kosza. I tak trwają, lojalnie, przy firmie, która za ich wieloletnią wierność odpłaci się kompletem tanich noży albo czajnikiem elektrycznym za 30 złotych.
Nie chcę, ale muszę
Programy lojalnościowe oczywiście nie zabrania robienia zakupów u konkurencji, ale w praktyce do tego się to właśnie sprowadza. Przykładowo, w markecie A za każdą wydaną złotówkę dostaje się jeden punkt, a za każde 1000 punktów przysługuje bon na zakupy o wartości 10 zł. Niewiele, ale grzech nie skorzystać. I im szybciej zgromadzi się komplet punktów, tym częściej do portfela będą wpadać bonusy. Naturalnie więc klient chętnie wraca do takiego sklepu i mając do wyboru zakupy w różnych miejscach ostatecznie trafi tam, gdzie może liczyć na bonus. Również wtedy, program lojalnościowy wiąże się z kupowaniem produktów po wyższych cenach. Jeśli zaś dla odmiany kupi się towar u konkurencji organizującej jakąś promocję, to nawet gdy finansowo ta „zdrada” się opłaci, wiele osób nie będzie mogło pozbyć się przekonania, że jest na minusie, bo stracili ileś tam punktów.
Można też mieć kilka takich kart stałego klienta, ale na dłuższą metę to nie mniej męczące. Zbieranie punktów jeszcze bardziej wydłuży się w czasie i można w ogóle zostać z niczym, jeżeli program wygaśnie, zanim uda się dobić do określonej liczby punktów. Lojalność opłaca się wtedy, gdy program przynosi wymierne korzyści – wartość bonu musi być wyższa od kwoty, jaką zaoszczędziłoby się robiąc zakupy w innym sklepie.
Płacisz tu, korzystasz tam
Zbieranie punktów coraz częściej wypierane jest przez mechanizmy opierające się na transakcjach kartowych. To proste, płacisz za zakupy konkretną kartą płatniczą w określonych sieciach i zdobywasz za to prawo do zniżek. To już nie deska do krojenia czy termos, ale kod rabatowy na zakupy, jakie naprawdę chcesz zrobić. Na przykład 20 procent zniżki na markowe buty albo bilety do kina tańsze o połowę. Nie trzeba się ograniczać do jednego sklepu, a nagrodą jest coś, czego faktycznie się potrzebuje. Tak to przynajmniej wygląda na pierwszy rzut oka, bo w rzeczywistości znowu może to oznaczać zmianę własnych nawyków zakupowych i koniec końców trafia się do sklepu zasugerowanego przez organizatora programu. Tak, kupujesz dżinsy zgodnie z wcześniejszym postanowieniem, tyle że nie są to dżinsy ulubionego producenta, ale tego, który proponuje rabat. Rzecz jasna, to może się opłacić, spodnie są fajne, a w kieszeni zostało 50 złotych oszczędności. Jednak często się zdarza, że samo hasło „rabat” załatwia wszystko i klient nie sprawdza, czy z tym rabatem nie płaci aby więcej, niż w innym sklepie po normalnej cenie.
Tym bardziej, że część takich programów stara się przekonać klientów do znacznie droższych zakupów. To nic, że w osiedlowym sklepiku można kupić makaron za 4,5 zł. W markowych delikatesach na makaron wyda się 15 zł, ale w zamian za to otrzyma się prestiżową kartę stałego klienta. I to nie byle jakiego klienta, ale takiego specjalnego, bo do programu należą jedynie wybrani. To poczucie wyjątkowości sprawia, że członek „elitarnego klubu konsumentów” częściej niż tego potrzebuje wydaje spore sumy na drogie produkty, a otrzymane za to luksusowe prezenty zwykle mógłby nabyć za znacznie niższą cenę.
Programy lojalnościowe muszą wyjść na swoje
Programy lojalnościowe nie są z gruntu złe. Bywa, że jest to naprawdę opłacalne rozwiązanie i dla firmy, i przede wszystkim dla jej klientów. Każdą taką ofertę trzeba jednak bardzo dokładnie prześwietlić, by na koniec nie wyszło, że za różnego rodzaju fantastyczne „korzyści” trzeba de facto słono zapłacić.
Ale chyba wiedzie im się coraz gorzej – widać to po tym, jak coraz więcej sklepów wycofuje się z chyba najpopularniejszego w Polsce programu lojalnościowego – Payback.



W programie Biedronki wystartowaliśmy, ale to głównie ze względu na zamiłowanie mojego starszego syna (i moje również) do zbierania nalepek/kart w albumach. Niestety po pierwszej fali zachwytu okazało się, że na maskotkę pluszaka trzeba uzbierać aż 60 pkt, czyli wydać 2.400 zł. Jeśli zastosujemy się do porad sklepu:
– wyrobimy kartę lojalnościową,
– kupimy dowolne warzywo lub owoc
– kupimy produkt specjalny
To upragnionego pluszaka dostaniemy za zaledwie 600 zł :-). To niby dużo i mało, ale moja rodzina sporadycznie odwiedza Biedronkę i raczej nie uzbieramy tylu pkt. Niemniej jednak dużym plusem tej akcji jest strona internetowa (sporo wycinanek i gier) oraz książeczka z informacjami o zaletach owoców i warzyw biorących udział w akcji.
Najlepsze podejście jest jednocześnie najtrudniejsze do zastosowania – trzymać swoje nawyki zakupowe, a jak jest jakiś program lojalnościowy to z niego korzystać. Ale bez spinania się, że trzeba uzbierać x punktów. Jak się uda, to fajnie, a jak nie to trudno 😀
Osobiście mam stos kart lojalnościowych (ostatnio głównie w apce w telefonie, z czego biedronkowa nie chce się z telefonu zczytać 🙁 ), ale nie zmienia to moich nawyków. Jedyny program, który wpływa u mnie na wybór sklepu to Visa Oferty – czyli jak w Carrefourze mają mi zwrócić 5% wydanej kwoty to po prostu jadę tam a nie do Auchan. Ceny są bardzo zbliżone, więc nie czuję, żebym przepłacał za to.
Tak naprawdę jeśli się rozsądnie korzysta z lojalnościówek to można na tym wyjść. I osobiście wolę rabaty na produkty tego sklepu – bo to lepsze niż nagroda, która niekoniecznie mi się przyda 😉
PS. Payback niestety z tego co słyszałem staje się za drogi i pojawia się za dużo konkurencyjnych sklepów w nim. Był moment, że były kupony do Matrasa i Empiku jednocześnie! Inna sprawa, że pozyskują nowych klientów, nieco mniejszych, ale jednak 🙂
Ślepe robienie zakupów, bo dają coś w zamian jest bez sensu. Ale fakt wiele osób się na to nabiera.
Kiedy jednak ceny są porównywalne, kupuję to co potrzebuję, to tylko korzystać 🙂