Przeczytałam jakiś czas temu artykuł Pracujący biedni: Harują, ale zarabiają grosze. Jest ich w Polsce coraz więcej. I jest mi naprawdę przykro, że jest w ogóle w Polsce takie pojęcie, jak „pracujący biedny”. Każdemu, kto pracuje, należą się godziwe pieniądze.
Ale. No właśnie, jak zwykle się pojawia. Ale trudno będzie się nam, Polakom ogarnąć, jeśli nie przełkniemy tej super roszczeniowej postawy, że się nam po prostu bezsprzecznie najlepsza praca należy.
A taki wydźwięk ma ten artykuł. Najbardziej wzburzyło mnie zdanie „Bo to, co dziś oferuje im rynek pracy, to najczęściej śmieciowe posady w usługach, zwykle gastronomii i call centers.”. Serio? Posady w usługach są złe? W gastronomii? A praca w call center jest taka zła? Nie rozumiem, co jest złego w zaczynaniu od takiej pracy. Ja zaczynałam swoją ścieżkę zawodową jako dostawca pizzy zarabiając 3,5 zł na godzinę. Na czarno rzecz jasna. To nauczyło mnie pracy i odpowiedzialności. Atmosfera w tej pracy była okropna, więc ją zmieniłam, na… dostawcę naleśników za 4,5 zł! To już było na bogato.
W swojej pierwszej pracy „w zawodzie” (tym, który wykonuję obecnie, a nie wyuczonym) zarabiałam 1800 zł. Również na czarno. I jakoś przyjęłam to na klatę, bo zdawałam sobie sprawę z tego, że to, jak będzie wyglądała moja przyszłość, zależy tylko ode mnie. Nie spodziewałam się, że na start dostanę 3000 zł, umowę o pracę i w ogóle będzie świetnie.
Nie ma się co dziwić, że dla niektórych młodych nie ma pracy, jeśli:
- poszli na studia, które co roku kończy milion absolwentów i najzwyczajniej w świecie rynek jest tak zapchany, że nie pomieści więcej takich specjalistów. I to bynajmniej nie jest wina państwa, że „nie ma pracy w Twoim zawodzie”
- podczas studiów nie robili nic. Zupełnie nic. Nie mówię o robieniu kariery zawodowej. Mówię raczej o dorabianiu sobie. W McDonaldzie, w Call Center właśnie, w sklepie. Gdziekolwiek. Jakakolwiek praca uczy odpowiedzialności. A nie powiesz mi, że taką pracę trudno znaleźć. Dostać.
- są nieogarnięci życiowo. Całe życie polegali na mamusi czy tatusiu i to oni robili wszystko za nich. Po prostu teraz, gdy trzeba wziąć życie w swoje ręce, to nie umieją.
- za młodu powtarzano im, że są najlepsi, najpiękniejsi, najmądrzejsi. I żyli w tym przeświadczeniu i z myślą, że w życiu będzie im łatwo, bo przecież naj, naj i naj.
Przypominam, nie mamy już komuny, to nie jest tak, że każdemu należy się po równo. Że każdy po prostu powinien dostać taką pracę jaką chce, najlepiej od razu zarobkami, jakie chce. I dorzućmy jeszcze mieszkanie, bo przecież kiedyś można je było dostać za grosze, a teraz trzeba je spłacać pół życia.
Żeby osiągnąć w życiu sukces, trzeba naprawdę mocno zapieprzać. Nie ma pracy w Twoim zawodzie? Zarabiasz 1200 zł? Doszkol się, przebranżowij, zmień pracę. Brzmi jak wypowiedź Komorowskiego do młodego chłopca? On miał dużo racji! To nie jest tak, że w życiu po prostu Ci się należy. Masz 20-30 lat? Masz jeszcze kupę czasu, żeby wziąć życie w swoje ręce i odpowiednio je poprowadzić. Zapisz się na jakiś kurs, czytaj, zagłębiaj. Może warto zaryzykować słabo płatnym stażem?



Czytam Cię Magda od jakiś dwóch tygodni i gratuluje fajnego bloga.
Co do posta to uwazam, że masz bardzo duzo racji. Denerwują mnie takie wypowiedzi ,,ale ona zarabiała tam tylko 1200zl!” Ok, jesli zarabiała tylko 1200zl to znaczy, ze mozna taką pracę rzucić i nie mając wykształcenia siedzieć 4lata na bezrobociu? Miałam taką sytuację w rodzinie. Ja mam 25lat, mieszkanie (oczywiscie na kredyt), oszczednosci, ktore pozwolą mi przeżyć co najmniej rok. Zaczynałam mając jakies 13lat od zbierania ogórków za jakies śmiesznie niskie pieniądze. Teraz zarabiam duzo lepiej, ale nie zamierzam poprzestać na tym. Jesli mogę wziac jakaś dodatkową pracę to biorę. Nawet jesli ta praca jest poniżej moich kwalifikacji. Ludzie bezczynnie czekają na to, aż ktos im da, aż praca sama ich znajdzie. Nie rozumiem podejścia, ze nie stać mnie. Ok, dzisiaj mnie nie stać na cos, ale zacznę oszczędzać, moze znajdę lepszą pracę, albo dodatkową pracę i po jakimś czasie moze mnie juz byc stać na daną rzecz. Ja zostałam w domu wychowana tak, ze pomimo tego, ze nie musiałam na studiach pracowac to pracowałam. Miałam pieniądze na ciuchy, wakacje, nowy telefon itp. Nie musiałam prosić rodziców o kasę na nowe spodnie czy buty. Oczywiscie za mieszkanie i jedzenie rodzice tez ode mnie nie brali, ale kazali mi sobie odkładać te kilka stów miesięcznie.
Anno, bardzo dziękuję Ci za miłe słowa.
Widzę, że dokładnie zgadzasz się z tym, co napisałam, cieszę się, że myślimy podobnie. Moim zdaniem nawet trzeba zacząć od zarabiania „śmieciowych” pieniędzy, żeby nauczyć się wartości pieniądza. Też miałam tak na studiach, że rodzice mówili, żebym się lepiej skupiła na nauce niż pracowała, ale nie było takiej potrzeby, że jedno robiło się kosztem czegoś. Można spokojnie to było pogodzić.
Moim zdaniem cały problem zaczyna się już w liceum. Jak słyszę maturzystów, którzy odbierając wyniki matur na pytanie: „Na jakie studia idziesz?” odpowiadają: „Jeszcze nie wiem” to mam ochotę pociągnąć ich za ucho za bierność.
No jak można nie wiedzieć na jakie studia się idzie jak JUŻ się do tej matury przystąpiło i ją zdało? Czy ona była obowiązkowa? NIE! Czy na studia MUSZĄ iść? Nie! Czy ona jest teraz zarazem egzaminem na stusia? TAK! A więc dochodzimy do absurdalnej sytuacji, kiedy przystąpili do egzaminu na studia nie wiedząc na jakie studia chcą się dostać.
Później tacy: „Jeszcze nie wiem” idą na te „jeszcze nie wiem” studia i jako dumni absolwenci Europeistyki z Wyższej Szkoły Wszystkiego Dobrego wchodzą na rynek pracy i myślą, że ich bierna i zarazem roszczeniowa postawa wystarczy, żeby wytuptać sobie etat za 5 tysięcy – w końcu wystarczyła, że rodzicie utrzymywali ich przez dodatkowe 5 lat, nie?
Ale, żeby nie było! To nie wybór studiów jest tak naprawdę najważniejszy, ale wybór tego co się podczas tych studiów robi. Nie oszukujmy się, przeciętny student nie-medycyny-i-nie-prawa ma tyle wolnego czasu, że normalny człowiek może paść z nudów. I to jest właśnie siła studenckich czasów: kursy, szkolenia, staże, organizacje studenckie i prace na próbę.
Mnie moi rodzice zabronili pracować w sklepie albo restauracji. Powiedzieli, że jeśli idę do pracy tylko po pieniądze, to oni mi dadzą więcej, ale jak znajdę sobie organizację, która mnie rozwinie, albo pracę dzięki której później będę mieć lepsze kwalifikacje to wesprą tą decyzję całym sercem.
I tak przez pierwsze 3 lata udzielałam się w różnych dziwnych studenckich stowarzyszeniach, żeby na 4. roku jeden ze znajomych z takiej studenckiej organizacji zaproponował mi pracę marzeń.
Bierność i roszczeniowość niestety często idą w parze i to tą pierwszą trzeba zmienić w pierwszej kolejności.
Kasia, oczywiście, zgadzam się z Tobą, ze dochodzi wśród maturzystów do kuriozalnej sytuacji, w której podchodzą do egzaminów wstępnych nie wiedząc na jaki kierunek. To przerażające. Bardzo fajnie to ujęłaś.
I zgadzam się w 100% z tym, że podczas studiów trzeba już coś robić.
Na początku pewnie będzie trudniej, może nawet o zupkach chińskich i mielonce, ale potem faktycznie lepiej, nie tylko finansowo, ale przede wszystkim życiowo. Ciągłe kształcenie się, praca, wyrzucenie z pracy, szukanie nowej, nawet pożyczanie kasy na czynsz uczą gospodarowania kasą, ale uczą też życia – szacunku do innych i do samego siebie, do pracodawcy, rodziców.
Pisałam jakiś czas temu, dlaczego warto robić „coś” na studiach:
http://8razy5.pl/6-powodow-dla-ktorych-warto-robic-cos-na-studiach/
No pewnie, że na początku będzie trudniej. Grunt to jak najszybciej to sobie uświadomić.
W 100% się zgadzam – postawa roszczeniowa utrudnia osiąganie celów i sukcesów. Musimy zaakceptować, ze NIC nam się nie należy i na WSZYSTKO musimy zasłużyć, zapracować.
Na początku będzie ciężko, jednak z upływem czasu taka postawa wejdzie w nawyk. Wtedy będzie żyło się o wiele łatwiej 😉
Hubert, ale w sumie młodzi sami swojej postawy nie zmienią 😉 trzeba coś z tym zrobić „globalnie”.
Pełna zgoda. Ale na prawie tez sie da coś robić poza nauka. ☺
Bylem w organizacji studenckiej. Uczyłem się języka. Uzyskałem kilka certyfikatów. W tym język specjalistyczny. Szkolenia miękkie plus praktyki. W zawodzie.
Pierwsza praca to staż za 540 zł …
później praca 800 zl pozniej za 1800
….
teraz jest jeszcze lepiej. ☺
Gdybym się obraził na dwie pierwsze prace nie awansował bym.
Można? Można i to bez układów.
Dokładnie! Tez właśnie kończę prawo. Żałuje, że więcej czasu nie poświęciłam na naukę języków bo teraz muszę nadrabiać. A jednak na studiach na pierwszych latach miałam znacznie więcej czasu niz teraz kończąc je i pracując na cały etat.
Przyszłość nie wygląda kolorowo
Trochę uproszczone widzenie sprawy. Są jednak ludzie, którym trudno być przebojowym, nie mają takiej wiary w siebie.
Dla nie wszystkich taka droga, którą prezentujesz, jest tak prosta i oczywista.
Piotrek, ale nikt nie mówi, że żeby ogarnąć się życiowo, trzeba być przebojowym. Ta droga nie jest ani prosta, ani oczywista, wymaga ciężkiej pracy. I to koniecznie trzeba sobie uświadomić.
Zgadza się. Jest to droga, wymagająca wysiłku, sprecyzowanego celu …
„nie mówi, że żeby ogarnąć się życiowo, trzeba być przebojowym”
Dokładnie. Wystarczy być zaangażowanym, pracowitym, dośc efektywnym. To powinna być podstawa dla każdego!
Do ogarnięcia się wystarczy tak na prawdę niewiele – ale dla dużej części społeczeństwo jest to za dużo 😀 I ja się zastanawiam gdzie podziało się to Homo Sapiens.
„Ta droga nie jest ani prosta, ani oczywista, wymaga ciężkiej pracy.”
Nie do końca. Cięzkiej pracy wymaga drogą do dużego sukcesu! A do normalnych, wydajnych ośiągnięć by mocno stać w życiu na nogach wystarczy dobra praca. Co też niestety jest dla 3/4 społeczeństwa za dużo.
Obserwuję to wszystko w korporacji. Ludzie po Bóg wie jakich studiach mają w d….ie dalsze dokształcanie, zaangażowanie, efektywność. Wolą klikać komórka po komórce w excelu, wiersz po wierszu w ordzie, komentarz po komentarzy na fejsie!
I po paru latach dla tych ludzi okazuje się, że awans i podwyżkę dostaje kolega, który działał „inaczej” od nich, który jest jakiś dziwny że tak mało jest na fejsuiei nie traci pół dnia na pogaduchach przy kawce i pewnie miał plecy 😀 Albo donosi na innych 🙂
Tak jak mówił w jakimś filmie Brian Tracy – większość ludzi żyje wiecznym 'entertainment entertainment entertainment’ 🙂
Prawda. Ludziom, którzy biorą odpowiedzialność za własne życie, nie trzeba tego tłumaczyć. Niestety cała reszta to już zupełnie inna bajka.
Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej 🙂
Cześć Magda
Smutno – bo tak dużo w tym prawdy.
Mamy społeczeństwo oczekiwań nie do spełnienia. Wszystko ma się należeć. Jak słyszę pytania „co mi daje państwo” od kogoś po maturze (albo jeszcze przed), to sam się w myślach pytam „A co ty zdążyłeś dać państwu?”.
Tak, jak piszesz – idą na łatwe studia żeby się obijać, a potem są zdziwieni, że nikt nie szuka 150 socjologów, albo 2000 nauczycieli języka angielskiego.
Jak na studiach szedłem na darmowe praktyki, żeby mieć co w CV wpisać i zdobyć jakiekolwiek umiejętności i rozeznanie o rynku, to niektórzy się pukali w głowę, po co idę za darmo pracować. Zdziwili się tylko, jak po tych praktykach dostałem stałą pracę na normalna umowę. Nie musiałem iść do jakże strasznej gastronomii…
Niestety, mam wrażenie, że będzie tylko gorzej, jeśli chodzi o podejście do tego, skąd się bierze praca i pieniądze. Niedługo każdy będzie chciał być prezesem za 20 tys. miesięcznie zaraz po maturze.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma szans – że musi być kijowo bo takie mamy państwo. Niestety wiele jest przykładów bardzo młodych przedsiębiorców, którzy sobie w tych warunkach radzą i osiągają sukces. tylko nie czekają na gwiazdkę z nieba.
Się rozpisałem ;p
Pozdrawiam, Bartek
Fajnie, że się rozpisałeś 😉 Właśnie takie mamy społeczeństwo i niestety zmieniać je trzeba przez edukacje, a nie obiecywanie nie wiadomo czego za nic, tylko dlatego, że „się należy”.
Kiedy miałem 13 lat pierwszy raz poszedłem do pracy. Była to budowa na boisku podstawówki. Kopanie rowów… Cena była 5zł za godzinę przez 8h dziennie. Pracowaliśmy wtedy z kolegami przez 14 dni pracowaliśmy. Tylko tyle czasu bo zaczęły nas już boleć plecy… W końcu dla młodego ciała to spory wysiłek… Wtedy nauczyłem się ciężkiej pracy… Wartości jedzenia i nagrody… Nie żałuje ale za to jestem dumny że podjąłem się tego wyzwania. 🙂
5 zł to całkiem niezła stawka była! 😉
Zgadzam się z tą opinią o młodych! No oczywiste jest że po obleganym kierunku ciężko znaleźć pracę, co nie znaczy ze nie można znaleźć czego innego, wystarczy trochę chęci 🙂
W końcu ktoś w tak prostych i niepokrętnych słowach napisał jak jest w rzeczywistości 🙂 Wystarczy to zaakceptować, a dalej to już jakoś do przodu pójdzie.
Jak wszyscy zrobią kurs to i tak dostaną 1200 🙂 Warto iść różnymi ścieżkami, starać się wybrać konkretną specjalizację i w niej się zagłębiać – zostać specjalistą.
Przeczytałem zalinkowany artykuł oraz wpis. W żadnym przypadku nie można się zgodzić, że ten artykuł jest utrzymany w duchu „należy mi się”. Żadnej z osób przedstawionych w artykule nie można przypisywać roszczeniowej postawy. Co więcej, każda z tych osób ciężko pracuje i stara się jakoś sobie poradzić.
W artykule jest mowa tylko o jednej osobie, która rozważała zwrócenie się o pomoc do Państwa, ale z tego zrezygnowała.
Jasne, bohaterów artykułu może cechować apatia, zniechęcenie. Ale to nie znaczy, że takie osoby mają roszczeniową postawę. One chcą pracować a tej pracy nie ma.
Ktoś powie, żeby założyli firmę. Ale prawda jest taka, że nie każdy nadaje się do tego żeby prowadzić własną działalność. Znam stolarza, który robił świetne meble gdy pracował u kogoś. Szef ustalał stawki z klientami, brał pomiary, robił projekty, a on to wykonywał. Obaj mieli taką samą wiedzę teoretyczną. Obaj kończyli te same szkoły. I gdy ten stolarz poszedł na swoje to okazało się, że nie jest w stanie prowadzić firmy. A to źle wymierzył, a to nie doszacował materiału i ustalił za niską cenę, a że był słowny to głupio mu było powiedzieć klientowi że trzeba więcej zapłacić.
Wiele osób po prostu nie nauczono samodzielności i nie nadają się do pracy na swoim. A za to odpowiadają rodzice.
Jeśli chodzi o to co „oferuje rynek” to z tym też bywa różnie. Sam pracowałem w firmie gdzie stałym powiedzeniem szefa było „jak ci się nie podoba praca za minimalną to za drzwiami czeka 10 na twoje miejsce”. I rzeczywiście czekali.
Owszem, część ludzi ma roszczeniową postawę i najlepiej gdyby zarabiali 5000 „na rękę” za 4 godziny pracy dziennie przez 5 dni w tygodniu. Ale większość, chce po prostu godnej płacy za swoją pracę. Zwłaszcza gdy zestawi się dochody prezesów i dyrektorów z zarobkami szeregowych pracowników. Widać ogromne rozwarstwienie. A bez wątpienia nie jest to dobre.
Ja pracę zawsze miałem legalną, ale zaczynałem taką prawdziwą, pełnoetatową za 4,2 złote brutto na godzinę… Więc chyba nieco mniej niż 3,5 netto 😉
Ale swoją drogą często słyszę właśnie roszczeniową postawę. Kiedyś ze znajomą rozmawiałem i coś zeszło, że mam dochody z innych źródeł niż praca zawodowa. Popatrzyła w niebo i stwierdziła, że też by chciała mieć dodatkowe dochody.. Kiedy zapytałem czy coś robi, żeby mieć jakieś dodatkowe dochody to zapadła niezręczna cisza. I tego jest niestety bardzo dużo.
Zawsze kiedy czytam artykuły podobne do tego na Interii, przypomina mi się wypowiedź mojego cynicznego przyjaciela, który mawiał:
„Jeśli to nie jest Korea Północna, to nikt ich przecież na siłę nie trzyma. Jeżeli jest komuś źle zawsze może wyjechać”.
„poszli na studia, które co roku kończy milion absolwentów i najzwyczajniej w świecie rynek jest tak zapchany, że nie pomieści więcej takich specjalistów. I to bynajmniej nie jest wina państwa, że nie ma pracy w Twoim zawodzie” A kto jak nie Państwo te studia otwiera, pozwala by powstawał nowy kierunek typu 2 letnie prawo albo obok kosmetologii spa-kosmetologia czy inna „społeczna komunikacja na FB” bo to teraz takie fancy. Student zaoczny uczy się i pracuje, student dzienny robi dwa kierunki w rezultacie nie uczy się nic (nie wszyscy ale gro tylko przedłuża sobie dzieciństwo) bo na egzaminie ma wymówkę typu „bo to robię dodatkowo, tamto jest moim kierunkiem wiodącym” „dobra to 3” i tak leci… ale jak mają płatne studia wprowadzić to oburzenie. Kierunków i uczelnie więcej niż MCdonaldów w mieście co to nawet 100 tys mieszkańców nie ma to jak dorobić, gdzie? Do większego miasta iść i płacić za czynsz kobiecie co mieszkanie wynajmuje i o 22 wodę zakręca, na opał szczędzi i skarbówki się nie boi bo ma „zięcia tam…” A potem idzie się na jeden konkurs drugi do służby publicznej bo jest się po studiach (których tak nie lubisz) i próbuje się ten byt polepszyć to kto wygrywa…. ta z Macdonalda czy z CallCenter z uczelni, która jest prywatną ssawką funduszy unijnych i to nie dlatego bo komu się podobało jej doświadczenie zdobyte w CC czy MC tylko dlatego, że tam mężusia do sweetfoci poznała i z teściową w jednym pokoju w zus siedzi (przypadków podobnych znam z 20 i tak jestem o to zazdrosna i mam pretensje), jak idziesz coś wyjaśnić do takiej to: „no ja tu tak siedzę ja pani nie powiem”. Witaj w moim świecie gdzie faktycznie państwowe studia są do d.. z porównaniem do tych prywatnych gdzie się idzie listę podpisać i wykładowca się pyta jaką dziś pizze zamawiamy (tam idź się doszkol, potem post klepniesz). Trochę pokory, mniejsze roszczenia to co ja mam teraz zrobić jak pół roku na CC pracowałam (i nie tylko i faktyczne z stawką dla bogacza bo nie 3 na rękę a aż 8, gdzie po odliczeniu wszystkiego gdybym u rodziców (są nieogarnięci życiowo.Całe życie polegali na mamusi czy tatusiu, do których też masz pretensje) nie mieszkała to by mnie nie było stać na porządne pudło by pod mostem w nim zamieszkać, a co dopiero na kurs listę podpisać bo kto teraz uczy czegokolwiek) Wracając do tematu to co mam zrobić, się na CC wrócić gdzie jak się przez godzinę klienta nie ułowiło to można było iść do domu i nawet się 6 zł na rękę nie miało a bilet w 2 strony 8 kosztował, co mam takiemu szefowi powiedzieć ja zostanę i kible posprzątam za to, żeby mi pozwolił pracować…. w dodatku to nie była praca na czarno tylko na umowę o dzieło… referencje, co ty chcesz? nie wydajemy…więc się nawet w zus nie pochwalę, że byłam….
Jest tyyyyle racji w tym co napisałaś! Jestem jeszcze osobą w trakcie studiów, ale po moich rówieśnikach widzę, ile oczekują od życia przy tym na ile zasługują. Po maturze byłam też zszokowana tym, ile osób decyduje się na studia, które już na starcie skazane są na porażkę (chociaż zgadzam się też z tym, że powinno robić się to co się lubi oraz że po każdych studiach najlepsi znajdą coś do roboty, ale myślę, że nadal jest zbyt wiele osób, które są nastawione, że akurat im po filologii polskiej czy psychologii uda się znaleźć świetną, dobrze płatną pracę). Na szczęście było też wiele osób, które zaraz po liceum znalazły pracę i zdobywały doświadczenie. Moim zdaniem w tych pierwszych pracach wgl nie chodzi o zarobki, bo w większości przypadków i tak jesteśmy na utrzymaniu rodziców i mamy co do ust włożyć, jednak właśnie o doświadczenie i przekonanie się, skąd biorą się te pieniądze na kontach rodziców. Super blog, pozdrawiam
Cieszę się, że uważamy podobnie.
Ja na szczęście, mimo że po filologii polskiej, znalazłam dobrą pracę, ale z kierunkiem studiów nie ma ona nic wspólnego 🙂
Zgadzam się z roszczeniową postawą, ale zauważam u rodaków inny problem, jeśli nie większy a mianowicie niedocenianie swoich umiejętności i wysiłku i zgadzanie się na pracę za grosze. Trudno, żeby dobry pracownik z wieloletnim doświadczeniem w dobrej, bogatej firmie zarabiał 2500 netto a takie sytuacje też często widuję.
A ja powiem tak: jestem roszczeniowa.
Jestem roszczeniowa kiedy szukam ogłoszeń „Dam pracę” i oczekuję, że w rubryce „Wymagane umiejętności” znajdą się konkrety, a nie ogólniki typu „samodzielność, kreatywność, itp.”. Odruchowo zniechęca mnie to do odpowiedzi na tak sformułowane ogłoszenie. Nic na to nie poradzę.
Jestem roszczeniowa, kiedy przychodzę na rozmowę elegancko ubrana, umalowana, ufryzowana i oczekuję podobnego wizerunku ze strony osoby rekrutującej, a zastaję osobnicę w wyciągniętym dresie, o byle jak związanych włosach, która wyglądała jakby krzątała się po domu i na chwilę wyskoczyła po zakupy (zdarzyło się). Odruchowo nachodzą mnie wątpliwości co do profesjonalizmu tejże osoby i w ogóle firmy. Nic na to nie poradzę.
Jestem roszczeniowa, kiedy przychodzę na rozmowę i oczekuję, że osoba rekrutująca przygotowała się do niej tak samo jak ja, tzn. poświęciła choćby pięć minut swojego drogocennego czasu na przeczytanie mojego Cv i zastanowienie się nad pytaniami które zamierza mi zadać. Zamiast tego jednak słyszę: „Proszę opowiedzieć nam coś o sobie?” bądź „Gdzie Pani ostatnio pracowała?” (zdarzyło się). Od razu nachodzą mnie myśli, że nie przygotowała się do rozmowy (a jednocześnie oczekuje, że to ja będę recytować z pamięci historię powstania firmy, jej cele i założenia, itd). Nic na to nie poradzę.
Jestem roszczeniowa, kiedy na rozmowie oczekuję pytań na podstawie których można dowiedzieć się czegoś konkretnego o moich kwalifikacjach i nabytych umiejętnościach. Zamiast tego słyszę polecenia w rodzaju „Proszę wymienić 10 zastosowań agrafki”, itp (zdarzyło się). Mimo, że do końca zachowuję fason i odpowiadam jak umiem, odruchowo zaczynam myśleć, że ktoś w tym momencie robi sobie ze mnie jaja. I mimo, że generalnie mam poczucie humoru i względny dystans do siebie (potrafię się śmiać ze swoich słabości, itp.), to w tym momencie nie bardzo jest mi do śmiechu. Nic na to nie poradzę.
Jestem roszczeniowa kiedy po zakończonej autoprezentacji oczekuję, że osoba rekrutująca w przystępny i ciekawy sposób wtajemniczy mnie w zakres przyszłych obowiązków, jak również zaprezentuje firmę którą reprezentuje (zdarzyło się). Zamiast tego mam wrażenie, że słyszę taśmę magnetofonową odtwarzaną w przyspieszonym trybie. Co z tego wszystkiego zapamiętam? Ano niewiele, jeśli w ogóle. Od razu mam wrażenie, że jestem traktowana w co najmniej lekceważący sposób. Nic na to nie poradzę.
Jestem roszczeniowa, kiedy oczekuję, że firma powiadomi mnie telefonicznie bądź mailowo mnie o wynikach rekrutacji, a tego nie robi (zdarzyło się).
Magdo, nie polubisz mnie za to, co napisałam poniżej. Bo brzmię, jakbym się skarżyła, czy użalała nad sobą. Ty z kolei takich ludzi nie lubisz. Wybacz mi, że nie jestem taka jaką chciałabyś mnie widzieć (tzn. nie myślę tak jak Ty).
Jestem jaka jestem, tzn. jestem roszczeniowa. Kiedy zachowuję się wobec kogoś w porządku, spodziewam się tego samego wobec siebie. Ma to zastosowanie we wszystkich dziedzinach życia i wobec każdego, również wobec przyszłych i teraźniejszych pracodawców. Jeśli tego nie dostaję w zamian, spotyka mnie uczucie zawodu i przykrości. Nic na to nie poradzę. Jestem tylko człowiekiem.
Życzę Ci, abyś na swej drodze spotkała samych nieroszczeniowych ludzi.
Wszystkiego dobrego. Pozdrawiam serdecznie.